Ekumenizm w Polsce

Ks. Jan Hause — ekumenista wzorowy


Jan Hau­se był eku­me­ni­stą wyjąt­ko­wym. Nale­żał do odcho­dzą­ce­go już poko­le­nia ludzi, któ­rzy eku­me­nią oddy­cha­li na co dzień i dla spra­wy jed­no­ści goto­wi byli ponieść wie­le ofiar. Przy tym wszyst­kim był czło­wie­kiem urze­ka­ją­co skrom­nym i z poko­rą zno­sił cier­pie­nia, jakich nie szczę­dzi­ło mu życie.


Pozna­łem go pra­wie 30 lat temu, na jed­nym z nabo­żeństw eku­me­nicz­nych. Szyb­ko zapro­po­no­wał mi przej­ście na ”ty”, co mi impo­no­wa­ło, bo Hau­se to był „ktoś” w eku­me­nicz­nej rodzi­nie i na doda­tek pocho­dził z patrio­tycz­nej rodzi­ny, co dla mnie, któ­ry pod­jął pry­wat­ną wal­kę ze ste­reo­ty­pem „Polak-kato­lik”, mia­ło tak­że swo­je zna­cze­nie.

Jan nie błysz­czał w towa­rzy­stwie, ale od razu prze­ko­na­łem się, że jest eku­me­ni­stą spo­le­gli­wym, zawsze moż­na na nie­go liczyć, kie­dy cho­dzi o spra­wę jed­no­ści chrze­ści­jan. W pierw­szej poło­wie lat  80-tych ubie­głe­go wie­ku ks. Sta­ni­sław Gręś, w mroź­ny dzień stycz­nio­wy, zor­ga­ni­zo­wał spo­tka­nie eku­me­nicz­ne  w semi­na­rium die­ce­zji gorzow­skiej w Gości­ko­wie-Para­dy­żu. Z War­sza­wy to kawał dro­gi, bli­sko gra­ni­cy z NRD, ale Jan bez waha­nia przy­jął pro­po­zy­cję i w ten spo­sób stał się jed­nym z pierw­szych w Pol­sce duchow­nych ewan­ge­lic­kich, któ­ry prze­ma­wiał do kle­ry­ków w kato­lic­kim semi­na­rium.,

Pamię­tam jak na dwor­cu w Gorzo­wie goni­li­śmy pociąg, któ­ry zaraz miał odje­chać. Jan pośli­zgnął się, wyrżnął z waliz­ką o zie­mię i o mały włos sto­czył­by się pod koła pocią­gu. „Janie, mało bra­ko­wa­ło, a został­byś męczen­ni­kiem eku­me­nii” – zażar­to­wa­łem wów­czas.

Był dla mnie kopal­nią wie­dzy z histo­rii ewan­ge­li­cy­zmu pol­skie­go. Chęt­nie nasta­wia­łem ucha, gdy opo­wia­dał cie­ka­we histo­rie o wybit­nych ludziach, a pamię­tał dobrze ks. Karo­la Mes­ser­sch­mid­ta, ks. Zyg­mun­ta Miche­li­sa czy bp. Andrzej Wan­tu­łę. To on był świad­kiem gło­śne­go w krę­gach ewan­ge­lic­kich faux pas ks. Miche­li­sa wobec bisku­pa Wan­tu­ły, kie­dy zna­ny eku­me­ni­sta, czło­wiek o nie­wy­pa­rzo­nym języ­ku, powie­dział w obec­no­ści zwierzch­ni­ka pol­skich lute­ra­nów: „Przed woj­ną to mie­li­śmy mądre­go bisku­pa”. Mnie to się wyda­wa­ło bar­dzo nie­spra­wie­dli­we, bo bp Wan­tu­ła był nie­prze­cięt­ną oso­bo­wo­ścią.

W naszych roz­mo­wach były też ele­men­ty humo­ry­stycz­ne. Jan wspo­mi­nał jak kie­dyś dzwo­ni do żony. W słu­chaw­ce trzesz­czy – jak to w PRL‑u – ale docie­ra do nie­go infor­ma­cja: „Masz Węgrów?”. – „Jakich Węgów?” – „Para­fię Węgrów dosta­łeś” – odpo­wia­da żona.

Pamię­tam, że dozą nie­pew­no­ści i nie­śmia­ło­ści zapra­sza­łem go na spo­tka­nie eku­me­nicz­ne w Kod­niu nad Bugiem. Moje oba­wy wyni­ka­ły z tego, że znaj­du­je się tam słyn­ne sank­tu­arium maryj­ne, zatem orga­ni­zo­wa­nie impre­zy eku­me­nicz­nej w takim miej­scu mogło­by budzić wśród ewan­ge­li­ków nie­do­bre podej­rze­nia wobec kato­lic­kich orga­ni­za­to­rów. Wybór Kod­nia na miej­sce zjaz­du eku­me­nicz­ne­go miał przy­czy­nę zgo­ła pro­za­icz­ną: był tam dusz­pa­ste­rzem ojciec Andrzej Madej, głów­ny orga­ni­za­tor spo­tka­nia. Dzię­ki nie­mu mie­li­śmy zapew­nio­ne noc­le­gi i wyży­wie­nie. Janek przy­je­chał do Kod­nia bez żad­nych obaw, nie zgła­szał żad­nych zastrze­żeń.  Odpra­wił na roz­po­czę­cie spo­tka­nia ewan­ge­lic­kie nabo­żeń­stwo sło­wa Boże­go, co w następ­nych latach sta­ło się tra­dy­cją.

Powie­dział nam też o ist­nie­niu jedy­nej na Pod­la­siu ewan­ge­lic­kiej sta­cji kazno­dziej­skiej w Kuzaw­ce. Pamię­tam wzru­sze­nie rodzi­ny Zelen­tów, do któ­rych pastor przy­jeż­dżał kil­ka razy w roku, a  tym razem mie­li u sie­bie dwóch ewan­ge­lic­kich dusz­pa­ste­rzy (oprócz Jana był jesz­cze inny wspa­nia­ły eku­me­ni­sta, ks. Jan Szklorz) oraz kil­ku­set­oso­bo­wą zgra­ję mło­dych eku­me­ni­stów. Dzię­ki Jano­wi prze­ży­łem jed­no z naj­pięk­niej­szych nabo­żeństw w swo­im życiu. Odpra­wio­ne zosta­ło na łące przez dwóch pasto­rów, przy akom­pa­nia­men­cie kum­ka­ją­cych żab, a uczest­ni­ka­mi była spo­ra gru­pa wier­nych, w zde­cy­do­wa­nej więk­szo­ści kato­li­ków.

Zaczął „zada­wać się” z kato­li­ka­mi w cza­sach, kie­dy nie było to dobrze widzia­ne przez ówcze­sne wła­dze komu­ni­stycz­ne. Czę­sto w świą­ty­niach kato­lic­kich gło­sił kaza­nia, brał udział w kaza­niach i sym­po­zjach. Kie­dy w mojej macie­rzy­stej para­fii p.w. Opatrz­no­ści Bożej na war­szaw­skim Rakow­cu odby­ło się po raz pierw­szy nabo­żeń­stwo eku­me­nicz­ne, w małej gru­pie nie­ka­to­lic­kich eku­me­ni­stów znaj­do­wał się oczy­wi­ście Jan w todze, z cha­rak­te­ry­stycz­ny­mi bia­łym bef­ka­mi.

Wyda­wa­ło mi się, że Jan w okre­sie PRL nie był zbyt hołu­bio­ny w swo­im Koście­le. Cza­sem rzu­cił coś mię­dzy wier­sza­mi, co potwier­dza­ło moje przy­pusz­cze­nia. Toteż ucie­szy­łem się, kie­dy po uzy­ska­niu wol­no­ści powie­rzo­no mu orga­ni­za­cję woj­sko­we­go dusz­pa­ster­stwa ewan­ge­lic­kie­go (jako czło­wiek skrom­ny zre­zy­gno­wał z tytu­łu bisku­pa). Mimo roz­licz­nych obo­wiąz­ków, jego gor­li­wość eku­me­nicz­na nie zga­sła: nadal aktyw­nie uczest­ni­czył w nabo­żeń­stwach i spo­tka­niach.

Miał wśród kato­li­ków wie­lu przy­ja­ciół. Z tego co wiem był jed­nym z nie­wie­lu, a być może jedy­nym nie­ka­to­li­kiem nale­żą­cym do ruchu Foco­la­re. Ma coś z sym­bo­lu fakt, że ostat­nie kaza­nie jakie wygło­sił na nabo­żeń­stwie eku­me­nicz­nym mia­ło miej­sce w maju bie­żą­ce­go roku w kato­lic­kim koście­le św. Mar­ci­na na war­szaw­skiej Sta­rów­ce.

Nigdy nie odma­wiał, gdy go pro­szo­no o posłu­gę eku­me­nicz­ną. Gdy reali­zo­wa­łem film o sio­strze Joan­nie Los­sow, Jan dał o tej eku­me­ni­st­ce pięk­ne świa­dec­two. Jest w tym fil­mie ład­na sce­na: na malow­ni­czym cmen­ta­rzu w Laskach, wśród pada­ją­ce­go desz­czu, pastor  ewan­ge­lic­ki i kato­lic­ka zakon­ni­ca (s. Maria Kry­sty­na Rot­ten­berg) zapa­la­ją zni­cze na gro­bie wiel­kiej kato­lic­kiej eku­me­nist­ki. Nie mogłem wów­czas przy­pusz­czać, że nie­dłu­go będzie­my skła­dać zni­cze i kwia­ty na jego gro­bie.

Odmó­wił tyl­ko raz, kie­dy kole­ga z Cen­trum Myśli Jana Paw­ła II popro­sił go o wywiad na temat Papie­ża. Wyda­wa­ło mi się, że to nie­moż­li­we,  bo wiem jak Jan cenił Papie­ża. Kie­dy go odwie­dza­łem w okre­sie jego dyrek­to­ro­wa­nia w Biblio­te­ce ChAT, zawsze moją uwa­gę zwra­ca­ło zdję­cie ks. Hau­se­go ści­ska­ją­ce­go dłoń Papie­ża pod­czas spo­tka­nia eku­me­nicz­ne­go w War­sza­wie w 1983 r. Z oczu pasto­ra ewan­ge­lic­kie­go biła pol­ska, patrio­tycz­na duma i sza­cu­nek. Kie­dy – jak się oka­za­ło – roz­ma­wia­łem z Janem po raz ostat­ni na spo­tka­niu w PTE z prof. Jerzym Buz­kiem, wytkną­łem mu to. On ze skrom­no­ścią odparł: „Niech inni, waż­niej­si dadzą świa­dec­two”. Ja na to: „Janie, Two­je świa­dec­two jest też bar­dzo waż­ne”. W koń­cu, po kil­ku tygo­dniach, uda­ło się go prze­ko­nać, jed­nak wywia­du nie zdą­żył udzie­lić. Jan czę­sto mówił, że eku­me­nizm nie pole­ga na pra­wie­niu sobie miłych słów. Był prze­ko­na­ny, że nie­raz trze­ba bra­tu powie­dzieć praw­dę, nawet gdy­by była bole­sna. Wier­ny tej zasa­dzie wytknął przed paru laty pew­ne­mu Kościo­ło­wi pasyw­ność eku­me­nicz­ną. Sku­tek był taki, że się na nie­go obra­żo­no.

Dla mnie pozo­sta­nie eku­me­ni­stą wzo­ro­wym, któ­ry wier­ność i umi­ło­wa­nie wła­snej tra­dy­cji kon­fe­syj­nej łączył z nie­zwy­kłą wprost otwar­to­ścią i przy­kład­nym sza­cun­kiem tych, któ­rzy wie­rzą ina­czej.  Moc­no wie­rzę, że nie­bo Jana Hause’go jest eku­me­nicz­ne.

Grze­gorz Polak

foto: luteranie.pl

:: Ks. Jan Hau­se nie żyje

Ekumenizm.pl działa dzięki swoim Czytelnikom!
Portal ekumenizm.pl działa na zasadzie charytatywnej pracy naszej redakcji. Zachęcamy do wsparcia poprzez darowizny i Patronite.