Ks. Jan Hause — ekumenista wzorowy
- 19 czerwca, 2009
- przeczytasz w 5 minut
Jan Hause był ekumenistą wyjątkowym. Należał do odchodzącego już pokolenia ludzi, którzy ekumenią oddychali na co dzień i dla sprawy jedności gotowi byli ponieść wiele ofiar. Przy tym wszystkim był człowiekiem urzekająco skromnym i z pokorą znosił cierpienia, jakich nie szczędziło mu życie.
Poznałem go prawie 30 lat temu, na jednym z nabożeństw ekumenicznych. Szybko zaproponował mi przejście na ”ty”, co mi imponowało, bo Hause to był „ktoś” w ekumenicznej rodzinie i na dodatek pochodził z patriotycznej rodziny, co dla mnie, który podjął prywatną walkę ze stereotypem „Polak-katolik”, miało także swoje znaczenie.
Jan nie błyszczał w towarzystwie, ale od razu przekonałem się, że jest ekumenistą spolegliwym, zawsze można na niego liczyć, kiedy chodzi o sprawę jedności chrześcijan. W pierwszej połowie lat 80-tych ubiegłego wieku ks. Stanisław Gręś, w mroźny dzień styczniowy, zorganizował spotkanie ekumeniczne w seminarium diecezji gorzowskiej w Gościkowie-Paradyżu. Z Warszawy to kawał drogi, blisko granicy z NRD, ale Jan bez wahania przyjął propozycję i w ten sposób stał się jednym z pierwszych w Polsce duchownych ewangelickich, który przemawiał do kleryków w katolickim seminarium.,
Pamiętam jak na dworcu w Gorzowie goniliśmy pociąg, który zaraz miał odjechać. Jan poślizgnął się, wyrżnął z walizką o ziemię i o mały włos stoczyłby się pod koła pociągu. „Janie, mało brakowało, a zostałbyś męczennikiem ekumenii” – zażartowałem wówczas.
Był dla mnie kopalnią wiedzy z historii ewangelicyzmu polskiego. Chętnie nastawiałem ucha, gdy opowiadał ciekawe historie o wybitnych ludziach, a pamiętał dobrze ks. Karola Messerschmidta, ks. Zygmunta Michelisa czy bp. Andrzej Wantułę. To on był świadkiem głośnego w kręgach ewangelickich faux pas ks. Michelisa wobec biskupa Wantuły, kiedy znany ekumenista, człowiek o niewyparzonym języku, powiedział w obecności zwierzchnika polskich luteranów: „Przed wojną to mieliśmy mądrego biskupa”. Mnie to się wydawało bardzo niesprawiedliwe, bo bp Wantuła był nieprzeciętną osobowością.
W naszych rozmowach były też elementy humorystyczne. Jan wspominał jak kiedyś dzwoni do żony. W słuchawce trzeszczy – jak to w PRL‑u – ale dociera do niego informacja: „Masz Węgrów?”. – „Jakich Węgów?” – „Parafię Węgrów dostałeś” – odpowiada żona.
Pamiętam, że dozą niepewności i nieśmiałości zapraszałem go na spotkanie ekumeniczne w Kodniu nad Bugiem. Moje obawy wynikały z tego, że znajduje się tam słynne sanktuarium maryjne, zatem organizowanie imprezy ekumenicznej w takim miejscu mogłoby budzić wśród ewangelików niedobre podejrzenia wobec katolickich organizatorów. Wybór Kodnia na miejsce zjazdu ekumenicznego miał przyczynę zgoła prozaiczną: był tam duszpasterzem ojciec Andrzej Madej, główny organizator spotkania. Dzięki niemu mieliśmy zapewnione noclegi i wyżywienie. Janek przyjechał do Kodnia bez żadnych obaw, nie zgłaszał żadnych zastrzeżeń. Odprawił na rozpoczęcie spotkania ewangelickie nabożeństwo słowa Bożego, co w następnych latach stało się tradycją.
Powiedział nam też o istnieniu jedynej na Podlasiu ewangelickiej stacji kaznodziejskiej w Kuzawce. Pamiętam wzruszenie rodziny Zelentów, do których pastor przyjeżdżał kilka razy w roku, a tym razem mieli u siebie dwóch ewangelickich duszpasterzy (oprócz Jana był jeszcze inny wspaniały ekumenista, ks. Jan Szklorz) oraz kilkusetosobową zgraję młodych ekumenistów. Dzięki Janowi przeżyłem jedno z najpiękniejszych nabożeństw w swoim życiu. Odprawione zostało na łące przez dwóch pastorów, przy akompaniamencie kumkających żab, a uczestnikami była spora grupa wiernych, w zdecydowanej większości katolików.
Zaczął „zadawać się” z katolikami w czasach, kiedy nie było to dobrze widziane przez ówczesne władze komunistyczne. Często w świątyniach katolickich głosił kazania, brał udział w kazaniach i sympozjach. Kiedy w mojej macierzystej parafii p.w. Opatrzności Bożej na warszawskim Rakowcu odbyło się po raz pierwszy nabożeństwo ekumeniczne, w małej grupie niekatolickich ekumenistów znajdował się oczywiście Jan w todze, z charakterystycznymi białym befkami.
Wydawało mi się, że Jan w okresie PRL nie był zbyt hołubiony w swoim Kościele. Czasem rzucił coś między wierszami, co potwierdzało moje przypuszczenia. Toteż ucieszyłem się, kiedy po uzyskaniu wolności powierzono mu organizację wojskowego duszpasterstwa ewangelickiego (jako człowiek skromny zrezygnował z tytułu biskupa). Mimo rozlicznych obowiązków, jego gorliwość ekumeniczna nie zgasła: nadal aktywnie uczestniczył w nabożeństwach i spotkaniach.
Miał wśród katolików wielu przyjaciół. Z tego co wiem był jednym z niewielu, a być może jedynym niekatolikiem należącym do ruchu Focolare. Ma coś z symbolu fakt, że ostatnie kazanie jakie wygłosił na nabożeństwie ekumenicznym miało miejsce w maju bieżącego roku w katolickim kościele św. Marcina na warszawskiej Starówce.
Nigdy nie odmawiał, gdy go proszono o posługę ekumeniczną. Gdy realizowałem film o siostrze Joannie Lossow, Jan dał o tej ekumenistce piękne świadectwo. Jest w tym filmie ładna scena: na malowniczym cmentarzu w Laskach, wśród padającego deszczu, pastor ewangelicki i katolicka zakonnica (s. Maria Krystyna Rottenberg) zapalają znicze na grobie wielkiej katolickiej ekumenistki. Nie mogłem wówczas przypuszczać, że niedługo będziemy składać znicze i kwiaty na jego grobie.
Odmówił tylko raz, kiedy kolega z Centrum Myśli Jana Pawła II poprosił go o wywiad na temat Papieża. Wydawało mi się, że to niemożliwe, bo wiem jak Jan cenił Papieża. Kiedy go odwiedzałem w okresie jego dyrektorowania w Bibliotece ChAT, zawsze moją uwagę zwracało zdjęcie ks. Hausego ściskającego dłoń Papieża podczas spotkania ekumenicznego w Warszawie w 1983 r. Z oczu pastora ewangelickiego biła polska, patriotyczna duma i szacunek. Kiedy – jak się okazało – rozmawiałem z Janem po raz ostatni na spotkaniu w PTE z prof. Jerzym Buzkiem, wytknąłem mu to. On ze skromnością odparł: „Niech inni, ważniejsi dadzą świadectwo”. Ja na to: „Janie, Twoje świadectwo jest też bardzo ważne”. W końcu, po kilku tygodniach, udało się go przekonać, jednak wywiadu nie zdążył udzielić. Jan często mówił, że ekumenizm nie polega na prawieniu sobie miłych słów. Był przekonany, że nieraz trzeba bratu powiedzieć prawdę, nawet gdyby była bolesna. Wierny tej zasadzie wytknął przed paru laty pewnemu Kościołowi pasywność ekumeniczną. Skutek był taki, że się na niego obrażono.
Dla mnie pozostanie ekumenistą wzorowym, który wierność i umiłowanie własnej tradycji konfesyjnej łączył z niezwykłą wprost otwartością i przykładnym szacunkiem tych, którzy wierzą inaczej. Mocno wierzę, że niebo Jana Hause’go jest ekumeniczne.
Grzegorz Polak
foto: luteranie.pl