
- 13 maja, 2019
- przeczytasz w 5 minut
Kilka uwag na chłodno po obejrzeniu najgłośniejszego jak na razie filmu dokumentalnego w bieżącym roku. Nie tyle nawet o samym "Tylko nie mów nikomu", ale o kilku typowych reakcjach na film. Sądzę bowiem, że treść i wymowa obrazu Sekielskiego jest jasna chyba ...
Apologia pro domo sua vs. #TylkoNieMówNikomu
Kilka uwag na chłodno po obejrzeniu najgłośniejszego jak na razie filmu dokumentalnego w bieżącym roku. Nie tyle nawet o samym “Tylko nie mów nikomu”, ale o kilku typowych reakcjach na film. Sądzę bowiem, że treść i wymowa obrazu Sekielskiego jest jasna chyba dla każdego patrzącego na otaczającą rzeczywistość w sposób zdroworozsądkowy, niezależnie od wyznania, poglądów politycznych lub wrażliwości emocjonalnej i estetycznej.
Poniżej więc cztery główne tendencje zauważalne wśród krytyków tego reportażu filmowego.
1. Rytualne narzekania i pretensje, że film nakręcił człowiek “nieprzyjazny” Kościołowi rzymskokatolickiemu, ewentualnie twórca spoza kręgów katolickich. Cóż, takich dożyliśmy czasów, a może było tak zawsze, że apologia “pro domo sua” przychodzi od strony psychologicznej i społecznej łatwiej niźli krytyka i zauważanie błędów własnych lub bliskiej nam grupy czy koterii. Uczciwiej byłoby jak sądzę, lać krokodyle łzy nad tym, że film ten zrobił akurat Tomasz Sekielski, gdyby bezkompromisowy dokument o grzechu wykorzystywania seksualnego przez duchownych w największym Kościele chrześcijańskim w Polsce i zamiatania tych przestępstw pod dywan nakręciła, dajmy na to, archidiecezja gdańska, a słowem wstępnym opatrzyłby go arcypasterz Kościoła ziemi gdańskiej lub kustosz duchowy bazyliki w Licheniu, w ostateczności — redakcja jednego z czołowych katolickich tygodników. Brzmi absurdalnie i nieprawdopodobnie? W takim samym stopniu nieprawdopodobnie, jak brzmiałaby krytyka partii rządzącej ze strony publicystów prawicowych tygodników opinii, a działań opozycji ze strony aktywistów najsilniejszego stronnictwa tworzącego koalicję rywalizującą o objęcie władzy.
Takie czasy nam nastały, że do rangi dyskutowanej przez wiele dni sensacji urasta fakt, że ktoś “z naszych” odważy się wyrazić krytycznie nie o “tamtych”, ale właśnie o “swoich”. Tymczasem zapominamy o prostej i pewnie banalnej obserwacji, że do oceny, czy popełniło się zło potrzebny jest również inny człowiek, który pomoże nam zobiektywizować dany czyn. Uwaga więc do wszystkich, którzy “nie wierzą w dobre intencje Sekielskiego” — dajcie dobry przykład i nie bójcie się jasno powiedzieć, że czarne znaczy czarne, a białe znaczy białe.
2. Krytyka, że “Tylko nie mów nikomu” jest jednostronny. Ale przecież na tym właśnie polega wartość filmów interwencyjnych. Nie są one esejami filozoficznymi ani raportem z badań naukowych. Muszą mieć pewną intelektualną dyscyplinę, ramy, swoistą ascetyczną i kanciastą formę. Mają za zadanie pewne zjawiska odsłonić, a nawet wyostrzyć, a nie rozmyć i zatrzeć, topiąc w masie ogólnego wodolejstwa i dzielenia włosa na czworo. Pretensje, dlaczego autor nie zrobił filmu o wyznawcach lub kapłanach innych religii, o prześladowaniu Kościoła rzymskokatolickiego w Azji lub o tym, jak “kradli za Tuska” mają mniej więcej taki sam sens, jak wyrzuty, że Szekspir napisał “Hamleta”, a nie “Ziemię obiecaną”, a Phil Collins nie gra metalu symfonicznego.
3. Przesadne akcentowanie i wybijanie na pierwszą szpaltę kwestii, że część duchownych dopuszczających się przestępstw przemocy i wykorzystywania seksualnego miała kontakty lub wprost współpracowała z komunistyczną SB. Odnieść można nieraz wrażenie, że takie fakty to swoisty dar z niebios dla krytyków filmu Sekielskiego. Można wówczas bardzo zręcznie zmienić główny temat debaty. Zamówić artykuł lub nagrać wypowiedź etatowych naukowców, historyków i publicystów, którzy zjedli zęby, starli krtań i nadwyrężyli swoje laptopy na tekstach i wystąpieniach o martyrologii Kościoła rzymskokatolickiego w PRL. I zamiast rozmawiać o traumie i bólu ofiar duchownych, którzy sprzeniewierzyli się łasce kapłaństwa celebrującego święte misteria wiary oraz o tchórzostwie i moralnym relatywizmie ich przełożonych, zaserwuje się odbiorcom kolejne komunikaty o “infiltracji Kościoła rzymskokatolickiego przez komunistyczną agenturę”, o “bohaterskim oporze narodu przeciwko systemowi, który chciał zniszczyć tradycję i ducha, a dzisiaj jego potomkowie chcą zniszczyć Polskę” etc. Nie chciałbym w tym miejscu zostać jednak źle zrozumiany — absolutnie nie mam zamiaru negować faktu prześladowań Kościoła rzymskokatolickiego w poprzedniej epoce.
Niemniej, sprytne przesunięcie debaty w te właśnie rejony stanowi przykład typowego mechanizmu ucieczkowego oraz wyparcia realnego cierpienia i bólu u realnych, znanych z imienia i nazwiska ofiar równie konkretnych i realnych przestępców w koloratkach. Nie wspominając już o tym, że w wolnej Irlandii lub USA nie było SB, a liczba przestępstw seksualnych księży rzymskokatolickich była olbrzymia. Grzechy takie wśród duchowieństwa wyświęconego po 1989 roku też przecież nie ustały jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki…
Znów — daleki jestem od tego, aby zupełnie nie poruszać kwestii współpracy takich duchownych z SB (warto w tym miejscu zastanowić się, co było pierwsze — ich karygodne czyny, czy współpraca ze służbami), ale na Boga! — nie może to usuwać z pola widzenia centralnego problemu i w znanym dla pewnych polityków, i publicystów stylu, oskarżać o wszystko “komunę”, której nie ma już od prawie trzech dekad. Taka postawa to nie tylko świadectwo wąskich horyzontów poznawczych, ale par excellence — brutalnego cynizmu i zupełnej obojętności wobec losu ofiar.
4. Zgrane do niemożliwości powtarzanie tezy łączącej przypadki wykorzystywania seksualnego nieletnich z homoseksualizmem. Tezie tej przeczy jednak zwykłe doświadczenie — czyny te, w Polsce czy gdziekolwiek indziej miały zarówno charakter hetero‑, jak i homoseksualny. W samym zresztą filmie Sekielskiego występująca psycholog dość logicznie i zdroworozsądkowo tłumaczy takie przestępstwa mechanizmem zastępczym lub kompensacyjnym, jako próbę kanalizowania problemów z przeżywaniem celibatu lub trybem życia i uprzywilejowaną pozycją społeczną duchownych rzymskokatolickich dawniej i niekiedy jeszcze dzisiaj. Niekoniecznie zaś jako dowód jednoznacznej orientacji pedofilskiej, co oczywiście w żaden sposób nie umniejsza winy sprawców.