Społeczeństwo kobiety w kościele

Powiedz Jasiowi, żeby był człowiekiem — rozmowa z ks. superintendentem Janem Ostrykiem


O życiu mał­żeń­skim, wycho­wy­wa­niu dzie­ci, roli duchow­ne­go w Koście­le meto­dy­stycz­ny i zna­cze­niu modli­twy­opo­wia­da ks. Jan Ostryk, pro­boszcz para­fii ewa­n­ge­­li­c­ko-meto­­dy­­sty­cz­nej w Pozna­niu, super­in­ten­dent okrę­gu poznań­skie­go Kościo­ła meto­dy­stycz­ne­go w Pol­sce­oraz prze­wod­ni­czą­cy poznań­skie­go Oddzia­łu Pol­skiej Rady Eku­me­nicz­nej. Ksiądz Biskup ma jed­ną żonę – zgod­nie z zale­ce­niem św. Paw­ła. Czy dobrze rzą­dzi wła­snym domem, trzy­ma dzie­ci w ule­gło­ści, z całą god­no­ścią – jak chce Apo­stoł? Pro­szę opo­wie­dzieć o swo­im domu, o żonie, jak […]


O życiu mał­żeń­skim, wycho­wy­wa­niu dzie­ci, roli duchow­ne­go w Koście­le meto­dy­stycz­ny i zna­cze­niu modli­twy­opo­wia­da ks. Jan Ostryk, pro­boszcz para­fii ewan­ge­lic­ko-meto­dy­stycz­nej w Pozna­niu, super­in­ten­dent okrę­gu poznań­skie­go Kościo­ła meto­dy­stycz­ne­go w Pol­sce­oraz prze­wod­ni­czą­cy poznań­skie­go Oddzia­łu Pol­skiej Rady Eku­me­nicz­nej.

Ksiądz Biskup ma jed­ną żonę – zgod­nie z zale­ce­niem św. Paw­ła. Czy dobrze rzą­dzi wła­snym domem, trzy­ma dzie­ci w ule­gło­ści, z całą god­no­ścią – jak chce Apo­stoł? Pro­szę opo­wie­dzieć o swo­im domu, o żonie, jak się pozna­li­ście? Czy Ksiądz wie, jaki kolor oczu ma żona?

Nie­dłu­go będzie­my mie­li 36. rocz­ni­cę ślu­bu. Pozna­li­śmy się w Gru­dzią­dzu w 1975 roku, gdzie zna­la­złem się jako mło­dy duchow­ny po ordy­na­cji. Na nabo­żeń­stwie, któ­re pro­wa­dzi­łem, zoba­czy­łem dziew­czy­nę, a nawet nie tyle dziew­czy­nę, co pięk­ne wiel­kie brą­zo­we oczy; do dziś pamię­tam, w jakiej sukien­ce była wte­dy.

No wła­śnie – w jakiej?

W krót­kiej, pro­stej, jasno­brą­zo­wej – kawa z mle­kiem (tyl­ko nie wie­dzia­łem wte­dy jesz­cze czy z cukrem, czy bez) – w pięk­ne zie­lo­ne liście. Pozna­li­śmy się przez bra­ki peere­low­skie. Rena­ta pra­co­wa­ła w skle­pie, a ja bar­dzo lubię kawę, któ­rej nie moż­na było wów­czas nigdzie kupić. Jako peł­nią­cy obo­wiąz­ki pro­bosz­cza zapy­ta­łem, czy nie zała­twi­ła­by mi kawę. I tak się zaczę­ło. Prak­tycz­nie na pierw­szej rand­ce się oświad­czy­łem. Dozna­wa­łem dziw­ne­go roz­grza­nia ser­ca na widok tej dziew­czy­ny. Zna­li­śmy się chy­ba sześć tygo­dni, ale to była pierw­sza rand­ka. Wła­ści­wie codzien­nie przez ten czas pyta­łem w modli­twie Pana Boga o tę dziew­czy­nę, o nas. I zyska­łem pew­ność, że to wła­śnie ona. Moje oświad­czy­ny zosta­ły wte­dy przy­ję­te. Powie­dzia­ła „tak”. Jestem wdzięcz­ny Panu Bogu, bo przez te 36 lat moja żona jest czę­ścią mnie, jest czę­ścią moje­go życia.

Zna­li­ście się dość krót­ko, Wasza zna­jo­mość nawet nie mia­ła szan­sy być wysta­wio­na na pró­bę?

Jest pew­na histo­ria. Otóż codzien­nie prze­glą­da­łem księ­gi para­fial­ne ucząc się ludzi, pozna­jąc ich nazwi­ska. I nagle pew­ne­go wie­czo­ru czy­tam nazwi­sko: Mariusz Czech, a w rubry­ce mat­ka” imię (wła­ści­wie dwa imio­na) i nazwi­sko mojej narze­czo­nej. Pociem­nia­ło mi w oczach – ma dziec­ko? chy­ba była mężat­ką!? – myśla­łem. Źle się wte­dy czu­łem. Dłu­go patrzy­łem w papie­ry. Nawet nie cho­dzi­ło mi o to, że jest dziec­ko, ale że mi o tym nie powie­dzia­ła. To było naj­gor­sze. W koń­cu pomy­śla­łem: trud­no, będę mieć dziec­ko, po to się też prze­cież chcę żenić. I wte­dy zorien­to­wa­łem się, że to dziec­ko jest rówie­śni­kiem mojej narze­czo­nej, a jego mat­ka jest ciot­ką Rena­ty; narze­czo­na odzie­dzi­czy­ła po niej imio­na. Poczu­łem wiel­ką ulgę, ale rów­no­cze­śnie to było jak pró­ba – upew­ni­łem się co do swo­ich uczuć, bo w koń­cu byłem goto­wy zaak­cep­to­wać dziec­ko Rena­ty. Parę mie­się­cy póź­niej ślu­bo­wa­li­śmy sobie, że będzie­my razem. Pan Bóg pobło­go­sła­wił nam piąt­ką dzie­ci, z któ­rych ostat­nie uro­dzi­ło się dokład­nie 20 lat po naszym ślu­bie.

Czy macie zwy­czaj­ne kło­po­ty mał­żeń­skie, wycho­waw­cze z dzieć­mi? Jak sobie radzi­cie?

Mie­li­śmy róż­ne pro­ble­my, ale na szczę­ście nie takie, żeby aż trzesz­czał nasz zwią­zek. Jed­no z naszych dzie­ci zapy­ta­ło nas nie­daw­no, czy mie­li­śmy tzw. ciche dni. I myśmy z żoną całą chwi­lę sie­dzie­li, myśle­li i nie mogli­śmy sobie przy­po­mnieć jakichś dra­ma­tycz­nych sytu­acji; co nie zna­czy, że nigdy nie zaiskrzy­ło. Ja jestem cho­le­ry­kiem, może nie­kie­dy czło­wie­kiem zbyt zasad­ni­czym. Nie mogli­śmy sobie przy­po­mnieć wza­jem­nej nie­chę­ci, nie mówiąc o wro­go­ści. Mogę opo­wie­dzieć aneg­do­tycz­ną sytu­ację: pew­ne­go razu wró­ci­łem skądś do domu i nie było obia­du, i mia­łem tro­chę pre­ten­sji do żony; powie­dzia­łem: „Idę gdzieś na obiad”. A na to żona: „Pocze­kaj parę minut”. Pytam więc: „Ugo­tu­jesz obiad?” a ona: „Nie, ale ubio­rę się i pój­dzie­my na ten obiad razem”.

Żona zawsze pra­co­wa­ła w domu?

Nie, pra­co­wa­ła zawo­do­wo do momen­tu uro­dze­nia trze­cie­go dziec­ka. Wte­dy też wzro­sła ilość moich obo­wiąz­ków zwią­za­nych z Kościo­łem.

Czy mał­żeń­stwo poma­ga w gło­sze­niu Ewan­ge­lii?

Te obsza­ry nasze­go życia: domo­we­go, rodzin­ne­go i kościel­ne­go w zasa­dzie się zazę­bia­ją. Moja rodzi­na nigdy nie była utrud­nie­niem dla mojej służ­by. Żona wie­dzia­ła za kogo wycho­dzi za mąż. Nigdy nie usły­sza­łem pre­ten­sji, że idę do kościo­ła, do cho­re­go, na spo­tka­nie. Prze­ciw­nie – przej­mo­wa­ła wszyst­kie obo­wiąz­ki domowo–rodzinne, żeby mnie odcią­żyć. Ale też była moją nie­eta­to­wą asy­stent­ką, któ­ra regu­lo­wa­ła ter­mi­ny, dopil­no­wy­wa­ła pew­nych spraw.

Nie było kon­flik­tu cza­su poświę­co­ne­go na pra­cę i rodzi­nę?

Kie­dy rodzi­ła się nasza dru­ga cór­ka, a trze­cie z kolei dziec­ko (bo pier­wo­rod­nym był syn) – otrzy­ma­li­śmy z Prze­my­śla tele­fon, że zmar­ła sta­rusz­ka, któ­ra zawsze mówi­ła: „Jak umrę, to ksiądz Jan ma mnie pocho­wać”. Wia­do­mość o jej śmier­ci dosta­li­śmy 1 stycz­nia, z Gru­dzią­dza jest jakieś 600 km do Prze­my­śla. To były rów­no­cze­śnie ostat­nie godzi­ny cią­ży. Żona mówi: „Jedź, ja sobie pora­dzę”. O godzi­nie 1 w nocy z 2 na 3 stycz­nia przy­je­cha­łem do Prze­my­śla i tej wła­śnie nocy o 2 godzi­nie uro­dzi­ła nam się cór­ka.

Nie mie­li­ście kło­po­tów wycho­waw­czych z dzieć­mi?

Pan Bóg obda­rzył nas nor­mal­ny­mi dzieć­mi. Co to są pro­ble­my wycho­waw­cze? Syn miał dużo ener­gii, ale nie był tak „dyna­micz­ny”, jak ja. Kie­dy dzia­ły się pew­ne nie­zbyt dobre rze­czy, mówi­łem do nie­go: „Chło­pa­ku, wymyśl coś, cze­go ja jesz­cze nie robi­łem”. Grał w pił­kę, cho­dził po drze­wach, parę razy pobił się z rówie­śni­ka­mi, ale nie był łobu­zem. Cór­ki nie włó­czy­ły się, nie bra­ły nar­ko­ty­ków, nie piły alko­ho­lu. Być może dla­te­go, że mia­ły w domy miłość. Były akcep­to­wa­ne takie, jakie są, co nie zna­czy, że nie pró­bo­wa­li­śmy ich pod­cią­gać w górę. Sta­ra­li­śmy się zawsze akcep­to­wać ich wybór i uczyć odpo­wie­dzial­no­ści za pod­ję­te decy­zje. Mój syn jest pie­ka­rzem, a moją ambi­cja było, żeby kształ­cił się dalej, bo ma wiel­ki talent języ­ko­wy. Ale on powie­dział: „Tatuś, jestem szczę­śli­wy jako pie­karz”. I ja przy­ją­łem ten wybór i nie wier­ci­łem mu dziu­ry w brzu­chu. Tyl­ko żal mi nie­kie­dy, że tak cięż­ko pra­cu­je. Ale jest szczę­śli­wy i to jest naj­waż­niej­sze.

Pozo­sta­łe dzie­ci?

Dwie cór­ki jesz­cze są w domu, jed­na wyje­cha­ła do Anglii, gdzie jest sze­fem dużej pie­kar­ni, i jed­na jesz­cze miesz­ka w Kiel­cach ze swo­ją rodzi­ną.

Ksiądz prze­cież nie o wszyst­kim może roz­ma­wiać ze swo­ją żoną – są tajem­ni­ce, któ­re inni powie­rza­ją Księ­dzu. Czy to nie jest trud­ne – dla Księ­dza i dla żony, że mąż nie o wszyst­kim mówi?

Nigdy nie odczu­łem ze stro­ny żony jakie­goś ocze­ki­wa­nia, że powiem jej wszyst­ko, co wiem. A nawet o nie­któ­rych spra­wach kościel­nych żona dowia­dy­wa­ła się np. od żony inne­go pasto­ra. Mał­żon­ka jest bar­dzo dys­kret­na.

A Ksiądz nigdy nie czuł cię­ża­ru, że chciał­by czymś podzie­lić się z żoną, ale nie może tego zro­bić?

Nie, mam świa­do­mość szcze­gól­nej funk­cji, któ­rą peł­nię. Są spra­wy, z któ­ry­mi nie mogę się dzie­lić – nawet z żoną. To ja jestem duchow­nym, a nie moja żona. Żona duchow­ne­go nie jest duchow­nym, mimo, że są jed­nym cia­łem. Podob­nie np. lekarz nie będzie opo­wia­dał żonie o dole­gli­wo­ściach przy­sło­wio­we­go Nowa­ka. Nie czu­łem nigdy takiej potrze­by.

Czy mał­żeń­stwo Jana i Rena­ty jest part­ner­skie, czy jed­nak mąż jest gło­wą i decy­du­je o wszyst­kim?

Two­rzy­my dość tra­dy­cyj­ną rodzi­nę. Roz­ma­wia­my zasad­ni­czo o wszyst­kim, co doty­czy domu: o zaku­pach, dzie­ciach, o pla­nach. Są dz
iedzi­ny życia, w któ­rych ja mam wię­cej do powie­dze­nia, i takie, że to żona jest decy­den­tem. Roz­ma­wia­my o wszyst­kim, bo dzie­ci potra­fią nie­kie­dy wyko­rzy­stać nie­wie­dzę jed­ne­go z rodzi­ców.

Nie czu­ję się pan­to­fla­rzem. A żona nie daje mi do zro­zu­mie­nia, że czu­je się stłam­szo­na prze­ze mnie. O więk­szo­ści spraw, jak mówi­łem, roz­ma­wia­my, i w koń­cu ktoś musi pod­jąć decy­zję. Tak­że dzie­ciom zawsze powta­rza­my: roz­ma­wiaj­cie, mów­cie! dopó­ki mówi­cie, my słu­cha­my i na pod­sta­wie tego może­my decy­do­wać lub w czymś pomóc.

Czy obo­wiąz­ki i pozy­cja star­sze­go zbo­ru, bisku­pa poma­ga­ją w rela­cjach rodzin­nych czy prze­szka­dza­ją?

To są róż­ne odpo­wie­dzial­no­ści. Oczy­wi­ście mogę się spo­tkać z zarzu­tem, że jeśli nie potra­fię pro­wa­dzić domu, to nie mogę pro­wa­dzić Kościo­ła. I coś w tym jest. Ale za dom, za dzie­ci odpo­wia­da­my do jakie­goś momen­tu życia. Wypo­sa­ża­my dzie­ci w pew­ne instru­men­ty, poka­zu­je­my wzor­ce. Jeśli potra­fię słu­chać w domu słab­szych od sie­bie, to potra­fię i w Koście­le. Jeśli mam obo­wią­zek słu­cha­nia innych w Koście­le, to rozu­miem, że mam też słu­chać w domu. I choć to są róż­ne odpo­wie­dzial­no­ści, to nie moż­na ducho­wo roz­dzie­lić Kościo­ła i domu. Bo dom jest Kościo­łem. Nie mogę uda­wać chrze­ści­ja­ni­na na litur­gii, a w domu być zupeł­nie kimś innym. Dzie­ci to widzą. Jeśli na nabo­żeń­stwie two­rzy­my z żoną i dzieć­mi udu­cho­wio­ną rodzi­nę, a w domu zaczy­na­my się kopać – to kaza­nia będą brzmia­ły sztucz­nie, a żona w koń­cu powie: nie idę do kościo­ła; cór­ka zaś pój­dzie śpie­wać gdzieś indziej. Mnie jest tro­chę przy­kro, gdy któ­reś z moich dzie­ci nie przyj­dzie na nabo­żeń­stwo. Ale nie­zwy­kle rzad­ko dzie­ci mówi­ły nam „nie”. Lubi­my spę­dzać czas razem – rów­nież w koście­le.

Czy Ksiądz nie łapie się nie­kie­dy na tym, że w domu mówi jak pastor – pro­rok we wła­snym domu?

Jeśli Bóg obja­wił się nam jako pasterz, ale i ojciec, to ja sta­ram się też być paste­rzem – w koście­le (rów­nież dla swo­jej rodzi­ny) – i ojcem, mężem w domu. Zda­rza­ło się, że gdy któ­reś z moich dzie­ci przy­szło mnie zapy­tać o coś zwią­za­ne­go np. z lek­cją reli­gii, to ja mówi­łem: „Poga­daj z pasto­rem”. Sta­ram się nie być księ­dzem w domu. Nie mamy jakichś spe­cjal­nych modlitw, zacho­wań reli­gij­nych. Sta­ra­my się żyć wia­rą w spo­sób natu­ral­ny. Modli­my się zwy­kle przed posił­ka­mi. Nicze­go nie naka­zu­ję np.: módl się, bo tata jest księ­dzem. Ty masz chcieć to robić, ale nie musisz.

Modli­twę przed posił­kiem pro­wa­dzi­my na zmia­nę, no może naj­czę­ściej ja pro­wa­dzę, ale to są krót­kie modli­twy, spon­ta­nicz­ne. Gdy modli­twa jest dłuż­sza, to cór­ka mówi: „O, Tata nie jest głod­ny”. Albo gdy jest bar­dzo krót­ka: „Tata jest dziś bar­dzo głod­ny”.

Dzie­ci otwar­cie komen­tu­ją nie­któ­re spra­wy. Kaza­nia nie­dziel­ne też są komen­to­wa­ne w domu i dość rzad­ko dobrze, choć nie mogę powie­dzieć, że źle – komen­tarz jest mery­to­rycz­ny. I raczej nie sły­szę narze­kań z rodza­ju: znów muszę słu­chać tatę na nabo­żeń­stwie!

Nie ma jakie­goś zło­te­go środ­ka ani na życie Kościo­ła ani na życie rodzin­ne. Jeśli cho­dzi o Kościół, to chy­ba dla­te­go, że jedy­ne, co w nim świę­te, to sam Bóg, a resz­ta to grzesz­ny czło­wiek – uświę­co­ny, odku­pio­ny, ale grzesz­ny. W domu nie żyje­my w ste­ryl­nych, wyide­ali­zo­wa­nych warun­kach. Jeste­śmy czę­ścią świa­ta. Pan Jezus powie­dział do swo­je­go Ojca: Nie modlę się, żebyś ich zabrał ze świa­ta, ale być ich wypo­sa­żył do życia w tym świe­cie.

Jak dzie­ci prze­ży­wa­ją, że ich tata jest księ­dzem, bisku­pem?

Moje dzie­ci nigdy z tego nie robi­ły pro­ble­mu. Dla nich było dziw­ne, że ktoś się dzi­wi. Pew­ne­go razu z naj­młod­szą cór­ką, mia­ła wte­dy 5 lat, poszli­śmy do logo­pe­dy. Lekar­ka powie­dzia­ła, żebym się nie odzy­wał, że to ona będzie roz­ma­wiać z dziec­kiem. Nie byłem ubra­ny w kolo­rat­kę – zwy­kle, żeby nie gor­szyć malucz­kich, noszę zwy­kły strój. Spa­cer duchow­ne­go pod rękę z żoną czy z przy­tu­lo­ny­mi cór­ka­mi mógł­by wywo­łać u nas… kon­ster­na­cję (to za mało powie­dzia­ne). Logo­pe­da wypy­ty­wa­ła cór­kę o róż­ne spra­wy; padło też pyta­nie: gdzie pra­cu­je twój tatuś. Cór­ka oczy­wi­ście odpo­wie­dzia­ła: mój tatuś pra­cu­je jako ksiądz. W gabi­ne­cie zro­bi­ła się kom­plet­na cisza, pani logo­pe­da zamar­ła, ja się nie mia­łem odzy­wać, więc mil­cza­łem. Dopie­ro gdy zoba­czy­łem, że pani dok­tor nie ma sił nawet pod­nieść oczu znad biur­ka, powie­dzia­łem, że jestem księ­dzem, ale nie kato­lic­kim księ­dzem.

Jaka cecha męż­czy­zny jest naj­waż­niej­sza w rela­cji do żony?

Miłość – bo ona zakry­wa wie­le nie­do­sko­na­ło­ści. Miłość spra­wia, że jeste­śmy w sto­sun­ku do kobie­ty uczci­wi.

Jakiej jed­nej rady udzie­lił­by Ksiądz Biskup mło­dym, któ­rzy się pobie­ra­ją?

Jeśli nie mają pew­no­ści, to niech się nie pobie­ra­ją. A pew­ność uzy­sku­je się po modli­twie. Ja mia­łem pew­ność, a jed­nak modli­łem się i pyta­łem Boga: „Czy to jest ta kobie­ta, czy tyl­ko tak mi się wyda­je? Jeśli nie ta, zatrzy­maj mnie”. Pytaj­cie o ducho­wą – nie tyl­ko emo­cjo­nal­ną – pew­ność. A jeśli już powie­dzia­łeś „tak”, to rób wszyst­ko, żeby dotrzy­mać sło­wa. Nie mów do swo­jej dru­giej poło­wy, że ma dotrzy­my­wać sło­wa. To ty masz dotrzy­my­wać sło­wa.

Jeśli mam dać radę to – gdy poja­wia­ją się pro­ble­my – nie burz­cie, ale buduj­cie. Ja budu­ję na modli­twie. Jeśli wybra­łem tę kobie­tę, a ona wybra­ła mnie, to na dobre i na złe, i do koń­ca.

Modli­twa jest waż­na w rodzi­nie, też po to, by przejść przez trud­no­ści, poma­ga Wam?

Doświad­cza­li­śmy siły modli­twy w naszym związ­ku. Kie­dy przy­cho­dzi­ły trud­ne sytu­acje np. finan­so­we, czy cho­ro­ba dziec­ka – byli­śmy bar­dzo spię­ci. Modli­li­śmy się: „Panie, pozwól nam przejść przez to”. Nie mówi­li­śmy: „Odsuń to od nas, lecz: pozwól przejść”. Jed­nej z naszych córek gro­zi­ło kalec­two i wie­lu ludzi modli­ło się i my się modli­li­śmy. Dziś upra­wia siat­ków­kę, a roko­wa­nia mówi­ły, że nie będzie cho­dzić. Cho­ro­ba ustą­pi­ła w cią­gu kil­ku mie­się­cy, mimo że lekarz mówił o latach cze­ka­nia na ewen­tu­al­ną popra­wę.

Za cza­sów Peere­lu była taka zima, gdy nie mie­li­śmy butów dla naszych dzie­ci. Żona bar­dzo to prze­ży­wa­ła; modli­li­śmy się i powie­dzie­li sobie, że musi­my to jakoś prze­żyć. Dosłow­nie kil­ka dni póź­niej, to było w Gru­dzią­dzu, ktoś przy­niósł pod nasze drzwi pacz­kę – do dziś nie wie­my od kogo ona była. W środ­ku zna­leź­li­śmy odzież i dwie pary wło­skich koza­ków – aku­rat na nasze dzie­ci. To były Boże buty.

Wie­rzy Ksiądz w sku­tecz­ność modli­twy? np. o wyzdro­wie­nie dla cięż­ko cho­re­go?

Modlę się o bło­go­sła­wień­stwo dla tego czło­wie­ka, o roz­wią­za­nie jego cier­pie­nia – albo przez uzdro­wie­nie albo przez zakoń­cze­nie cier­pie­nia. Nie­kie­dy nasza modli­twa o innych bywa ego­istycz­na – kie­ru­je­my się wła­snym inte­re­sem, a nie dobrem tego czło­wie­ka.

Gdy nasza cór­ka, jak wspo­mi­na­łem, bar­dzo poważ­nie zacho­ro­wa­ła – jej kości zaczę­ły umie­rać – to modli­łem się o zdro­wie dla niej i pro­si­łem wie­lu innych ludzi o modli­twę. Nawet wal­czy­łem z Bogiem. Pro­si­łem o mądrość, żeby­śmy prze­szli przez to. To była ciem­na doli­na. I wiem, że trze­ba mieć sza­cu­nek dla decy­zji Pana Boga. Pamię­tam, że powstał wte­dy cały łań­cuch modli­twy: od pniew­skich urszu­la­nek po wiej­skie­go kato­lic­kie­go pro­bosz­cza i cha­ry­zma­ty­ków w Pozna­niu. To była wal­ka modli­tew­na – może też o mnie, o moją wia­rę, żebym nie pognie­wał się na Pana Boga.

Czy Ksiądz wie­rzy, że po naszej modli­twie Bóg bez­po­śred­nio wkra­cza w rze­czy­wi­stość, w nasz świat i np. uzdra­wia, leczy kości, powo­du­je, że lekarz poda­je odpo­wied­nie lekar­stwo?

Mogę tyl­ko opo­wie­dzieć o tym, co mnie spo­tka­ło – nasza cór­ka wyzdro­wia­ła. Nie chcę teo
rety­zo­wać.

Zresz­tą zawsze oba­wia­łem się ludzi, któ­rzy tyl­ko teo­re­ty­zu­ją. Mia­łem para­fian­kę w Gru­dzią­dzu, któ­ra dopie­ro w pode­szłym wie­ku nauczy­ła się czy­tać i to tyl­ko po to, żeby móc czy­tać Pismo świę­te. Ona była wła­śnie prak­ty­kiem. Gdy cze­goś sobie nie umia­łem poukła­dać, pla­no­wa­łem wizy­tę dusz­pa­ster­ską u niej. Mia­ła wte­dy 80 lat, ja 30. Po modli­twie roz­ma­wia­li­śmy – nigdy nie mówi­łem, z czym przy­sze­dłem – i zawsze otrzy­my­wa­łem jakieś prze­ko­na­nie, co mam robić. Ta pani nie mia­ła żad­ne­go wykształ­ce­nia. Nie była teo­re­ty­kiem, a jed­nak bar­dzo mi poma­ga­ła zro­zu­mieć.

Ksiądz Biskup pocho­dzi ze Ślą­ska? Pra­co­wał jako gór­nik, pod zie­mią? Potem w stra­ży pożar­nej?

Jestem Gór­no­ślą­za­kiem z krwi i kości. Uro­dzi­łem się w Byto­miu – jed­nym z naj­bar­dziej gór­no­ślą­skich miast, jakie moż­na sobie wyobra­zić. Stu­dio­wa­łem w War­sza­wie, męż­czy­zną sta­łem się na Pomo­rzu, miesz­kam obec­nie w Wiel­ko­pol­sce.

Zanim zosta­łem księ­dzem pró­bo­wa­łem zaro­bić tro­chę pie­nię­dzy: pra­co­wa­łem przez rok 560 metrów pod zie­mią na kopal­ni, byłem też stra­ża­kiem, bo nie chcia­łem iść do woj­ska; pra­co­wa­łem rów­nież w hucie żela­za. W tym okre­sie pra­cy na kopal­ni zaczę­ło się we mnie coś zmie­niać. Szu­ka­łem swo­je­go miej­sca – byłem ochrzczo­ny, cho­dzi­łem do kościo­ła, byłem kon­fir­mo­wa­ny, byłem nawet zastęp­cą dele­ga­ta para­fii na synod Kościo­ła. Ale wciąż cze­goś szu­ka­łem.

Wia­rę wyniósł Ksiądz z domu?

Moi rodzi­ce byli głę­bo­ko wie­rzą­cy­mi ludź­mi. Mama codzien­nie przed pój­ściem spać klę­ka­ła do modli­twy, na sto­li­ku leża­ła moc­no pod­nisz­czo­na wyczy­ta­na Biblia. Mama śpie­wa­ła czę­sto pie­śni z nasze­go kan­cjo­na­łu, tak, że wie­le z nich zna­łem na pamięć, nim nauczy­łem się czy­tać.

Mój ojciec przed śmier­cią powie­dział do mojej mamy (nie byłem przy jego śmier­ci): „Powiedz Jasio­wi, żeby był czło­wie­kiem”. Wra­ca to nie­raz do mnie jako przy­po­mnie­nie słów Piła­ta wska­zu­ją­ce­go na Chry­stu­sa: „Oto czło­wiek”. Być czło­wie­kiem to wła­ści­wie zna­czy być jak Chry­stus.

Jak to się sta­ło, że Jan Ostryk został pasto­rem?

Pan Bóg powo­łał mnie spod zie­mi. Otóż w para­fii w Kato­wi­cach odby­wa­ła się ośmio­dnio­wa ewan­ge­li­za­cja i ja codzien­nie jeź­dzi­łem z Byto­mia do Kato­wic na te nabo­żeń­stwa. Moja mama podej­rze­wa­ła, że jakąś dziew­czy­nę pozna­łem, bo tak codzien­nie tam jeź­dzi­łem, a wie­dzia­ła, że aż tak gor­li­wym wyznaw­cą nie jestem. Ale coś mnie tam cią­gnę­ło. I ostat­nie­go dnia, w nie­dzie­lę, prze­ży­łem na nabo­żeń­stwie doświad­cze­nie nie­zwy­kle głę­bo­kie­go spo­ko­ju. Mia­łem wra­że­nie jak­by kapli­ca powięk­szy­ła się do ogrom­nych roz­mia­rów. Powie­dzia­łem potem księ­dzu, któ­ry miał kaza­nie, że chciał­bym kie­dyś cho­ciaż raz powie­dzieć komuś, kto jest w roz­ter­ce, żeby prze­żył taki spo­kój, jaki ja poczu­łem. Wte­dy on powie­dział: „No to zostań księ­dzem”. Pomy­śla­łem, że zwa­rio­wał. A on tak pokie­ro­wał spra­wa­mi, że trzy mie­sią­ce póź­niej zna­la­złem się w semi­na­rium. Byłem jed­nak pewien, że naj­póź­niej za rok wyrzu­cą mnie stam­tąd. W koń­cu otrzy­ma­łem ordy­na­cję na dia­ko­na, póź­niej na pre­zbi­te­ra. Nie tak od razu jed­nak. Byłem tro­chę krnąbr­ny, mia­łem swo­je zda­nie – nie zawsze słusz­ne, ale mia­łem, i kie­dy przed­ło­ży­łem rocz­ną pra­cę ze Sta­re­go Testa­men­tu, usły­sza­łem od ks. prof. Witol­da Bene­dyk­to­wi­cza, ówcze­sne­go Zwierzch­ni­ka Kościo­ła, że moja pra­ca nie jest moc­na teo­lo­gicz­nie; na co odrze­kłem, że ja chcę być kazno­dzie­ją, a nie teo­lo­giem. Po tej odpo­wie­dzi musia­łem cze­kać jesz­cze rok na ordy­na­cję.

Do dziś uwa­żam, że jestem kazno­dzie­ją, a nie teo­lo­giem.

Kim jest pastor w Koście­le meto­dy­stycz­nym?

W Koście­le meto­dy­stycz­nym nie ma sakra­men­tu świę­ceń, jest ordy­na­cja: na dia­ko­na i pre­zbi­te­ra. Biskup ( u nas nazy­wa się go super­in­ten­den­tem) to funk­cja nad­zo­ru wypeł­nia­na przez okres sze­ściu lat. Bisku­pem może zostać wybra­ny tyl­ko pre­zbi­ter.

Pre­zbi­ter w naszym Koście­le jest czło­wie­kiem, któ­ry został w szcze­gól­ny spo­sób przy­go­to­wa­ny do posłu­gi gło­sze­nia sło­wa Boże­go i spra­wo­wa­nia sakra­men­tów. To dwie głów­ne pre­ro­ga­ty­wy pre­zbi­te­ra. Dia­kon nie ma peł­ni takich upraw­nień. Pre­zbi­ter nie jest zastęp­cą Chry­stu­sa. Jest słu­gą Chry­stu­sa i spo­łecz­no­ści. Wska­zu­je ludziom na Tego, któ­re­mu słu­ży i do Kogo ma ludzi pro­wa­dzić. W meto­dy­zmie nie mówi­my o kapłań­stwie, tyl­ko o sta­nie duchow­nym. Kapłan to ten, któ­ry spra­wu­je ofia­rę. W naszym rozu­mie­niu duchow­ny jest tym, któ­ry pro­wa­dzi ludzi do Chry­stu­sa. Pod­czas aktu ordy­na­cji pada­ją pyta­nia: Czy zobo­wią­zu­jesz się gło­sić Chry­stu­sa? Czy zobo­wią­zu­jesz się wypeł­niać to, co jest zawar­te w Piśmie świę­tym? Czy zobo­wią­zu­jesz się odnaj­dy­wać ludzi, któ­rzy potrze­bu­ją Chry­stu­sa?

Pastor jest inte­gral­ną czę­ścią spo­łecz­no­ści, któ­ra sta­no­wi Cia­ło Chry­stu­sa. Wszy­scy ze zbo­ru na ten sam spo­sób uczest­ni­czą w Cie­le Chry­stu­sa.

Kościół meto­dy­stycz­ny powstał w XVIII wie­ku – jakie są jego źró­dła?

Meto­dyzm ma począt­ki w angli­ka­ni­zmie. Jan Wesley – inspi­ra­tor meto­dy­zmu był angli­kań­skim duchow­nym i nigdy nie prze­stał nim być. Meto­dyzm moż­na tro­chę porów­nać do ruchu odno­wy w Duchu Świę­tym w Koście­le rzym­sko­ka­to­lic­kim. Kościół nie odci­na się od tego ruchu, ale pró­bu­je go mode­ro­wać, czu­wać nad nim i przy­zna­je się do nie­go. Kościół angli­kań­ski nie chciał, nie umiał uznać ruchu Wesleya. A to była wła­śnie pró­ba odno­wy Kościo­ła. Nie uda­ła się jed­nak z powo­du nie­chę­ci hie­rar­chii. Wesley do koń­ca życia miał nadzie­ję, że to się zmie­ni. I nie godził się na powo­ła­nie odręb­nej spo­łecz­no­ści.

Skąd nazwa „meto­dy­ści”?

Nie­ste­ty nazwa „meto­dy­ści” była w ówcze­snej Anglii pogar­dli­wa ze wzglę­du na nie­chęć Kościo­ła do ruchu Wesleya. A meto­dy­ści sta­ra­li się jedy­nie żyć według pew­nej meto­dy: modli­twa, spo­łecz­ność, sakra­ment Sto­łu Pań­skie­go. Nie robi­li nicze­go, co by wycho­dzi­ło poza pogłę­bio­ne życie chrze­ści­jań­skie. Odma­wia­no im jed­nak pochów­ku, chrztu, ślu­bu. Sta­li się paria­sa­mi Kościo­ła angli­kań­skie­go.

Sam ruch zro­dził się, jak mówi­łem, z potrze­by Wesleya odno­wie­nia życia ducho­we­go ludzi mu współ­cze­snych. Nie był ruchem prze­ciw komuś, ale na rzecz cze­goś. Nie wystą­pił prze­ciw Kościo­ło­wi angli­kań­skie­mu, nie wystą­pił prze­ciw kato­li­kom, nie­któ­rzy posą­dza­li nawet Wesleya o papizm.

Co dla same­go Jana Wesleya było inspi­ra­cją dla two­rze­nia ruchu meto­dy­stycz­ne­go?

Wesley jako duchow­ny zacho­wy­wał dość suro­wy tryb życia, a mimo to nie znaj­do­wał spo­ko­ju i pew­no­ści zba­wie­nia. Decy­du­ją­cy wpływ na prze­mia­nę Wesleya mie­li bra­cia moraw­scy – pro­ści ludzie, któ­rzy chcie­li żyć duchem Ewan­ge­lii. Kie­dy Wesley pły­nął do Ame­ry­ki i roz­sza­la­ła się burza, to wszy­scy znaj­du­ją­cy się na stat­ku chrze­ści­ja­nie – za wyjąt­kiem bra­ci moraw­skich – byli prze­ra­że­ni. Bra­cia moraw­scy sie­dzie­li spo­koj­nie, modli­li się, śpie­wa­li pie­śni. To poru­szy­ło Wesleya i dopro­wa­dzi­ło go do bar­dzo oso­bi­ste­go spo­tka­nia z Bogiem – nazy­wał to doświad­cze­nie dziw­nym roz­grza­niem ser­ca. Zyskał wów­czas wewnętrz­ny, łagod­ny pokój wyni­ka­ją­cy z pew­no­ści zba­wie­nia. Odtąd stał się orę­dow­ni­kiem świa­do­me­go chrze­ści­jań­stwa – nie wypły­wa­ją­ce­go tyl­ko z tra­dy­cji, z wycho­wa­nia, ale oso­bi­ste­go, świa­do­me­go wybo­ru.

Kościół meto­dy­stycz­ny powstał dopie­ro po śmier­ci Wesleya?

Tak, cho­ciaż pew­ne struk­tu­ry spo­łecz­no­ści były za jego życia: tzw. kla­sy – nie­wiel­kie 10–12 oso­bo­we gru­py, któ­re mia­ły nawza­jem się wspie­rać. Kla­sy two­rzy­ły więk­szą spo­łecz­ność, lide­rzy klas mie­li obo­wią­zek spo­tkać się z każ­dym przy­naj­mniej raz w tygo­dniu na roz­mo­wie i modli­twie, zorien­to­wać się w potrze­bach i wspie­rać.

Meto­dyzm był na począt­ku postrze­ga­ny jako ruch spo­łecz­no-reli­gij­ny. Pierw­szym budyn­kiem, któ­ry meto­dy­ści zbu­do­wa­li w Angl
ii była nie kapli­ca, ale szko­ła dla bied­nych dzie­ci. Od począt­ku towa­rzy­szy­ła nam pew­na wraż­li­wość spo­łecz­na. Gmach ONZ w Nowym Jor­ku stoi na tere­nie daro­wa­nym przez ame­ry­kań­skich meto­dy­stów. A zało­ży­ciel­skie zebra­nie Naro­dów Zjed­no­czo­nych odby­ło się tuż po dru­giej woj­nie w meto­dy­stycz­nym cen­trum w Lon­dy­nie.

Jak ksiądz Biskup rozu­mie histo­rycz­ność Kościo­ła, jakie jest poczu­cia toż­sa­mo­ści meto­dy­stów.

Kościół jest drze­wem, pniem jest Chry­stus, a gałę­zie tego drze­wa rosną w róż­ne stro­ny, pozo­sta­jąc wciąż czę­ścią tego drze­wa. Meto­dy­ści wie­rzą, że są czę­ścią Kościo­ła Chry­stu­sa. Histo­rycz­nie poja­wia­ją się w wie­ku XVIII, ale wprost odwo­łu­ją się do Ewan­ge­lii, a ich nabo­żeń­stwo zawie­ra wszyst­kie ele­men­ty opi­sa­ne w Dzie­jach Apo­stol­skich.

Czym jest Kościół?

To miej­sce, w któ­rym spra­wo­wa­ne są sakra­men­ty Chry­stu­sa i jest gło­szo­na Ewan­ge­lia o Jezu­sie Chry­stu­sie. Nie mam żad­nych pro­ble­mów z odwo­ła­niem się do św. Augu­sty­na, bo jest dobrem chrze­ści­jań­stwa. Apo­ka­lip­sa mówi o Kościo­łach, któ­re łączy wia­ra w Chry­stu­sa. W moim prze­ko­na­niu wyznacz­ni­kiem Kościo­ła jest to, że zwia­sto­wa­na jest Ewan­ge­lia o Jezu­sie Chry­stu­sie. Kościół dla mnie jest tam, gdzie dwóch lub trzech zbie­ra się w imie­niu Jezu­sa – tam zaczy­na się spo­łecz­ność; Kościół to spo­łecz­ność świę­tych – nie dla­te­go, że są dosko­na­li, ale dla­te­go, że zosta­li uświę­ce­ni krwią Chry­stu­sa. On przy­szedł do wszyst­kich wyklę­tych, potę­pio­nych przez ogół. Szedł do nich bez wsty­du. Przy­szedł do tych, co Go potrze­bo­wa­li, nie do świą­ty­ni zbu­do­wa­nej przez czło­wie­ka.

„Otwar­te ser­ca, otwar­te umy­sły, otwar­te drzwi – taki­mi pra­gną być ludzie nazwa­ni meto­dy­sta­mi” – to hasło wita inter­nau­tów, któ­rzy wcho­dzą na stro­nę poznań­skich meto­dy­stów. W jakim sen­sie Kościół meto­dy­stycz­ny jest otwar­ty? Jest tu miej­sce dla każ­de­go?

Two­rzy­my oczy­wi­ście for­mal­ną struk­tu­rę kościel­ną. Jed­nak na nasze nabo­żeń­stwa przy­cho­dzą oso­by, któ­re po pro­stu dobrze się z nami czu­ją. Są przy­ję­ci, ugosz­cze­ni i zapro­sze­ni do Sto­łu Pań­skie­go. Każ­dy ma pra­wo uczest­ni­czyć w naszym nabo­żeń­stwie i przy­jąć Komu­nię.

Stół Pań­ski jest Sto­łem – jak sama nazwa mówi – Pana, Chry­stu­sa, nie naszym. Każ­dy jest zapro­szo­ny, kto czu­je taką potrze­bę. Ten sakra­ment ma nam przy­nieść uko­je­nie; jest dla grzesz­ni­ków, nie dla świę­tych. To źró­dło Bożej łaski. Oczy­wi­ście, żeby god­nie przy­jąć sakra­ment Wie­cze­rzy trze­ba roz­róż­niać cia­ło i krew Pań­ską – mieć świa­do­mość do cze­go przy­stę­pu­je­my. Pro­wa­dzą­cy nabo­żeń­stwo wzy­wa też do skru­chy i zwia­stu­je Bożą łaskę prze­ba­cze­nia.

Naukę pro­te­stan­ty­zmu ujmu­je się m.in. w: sola fide, sola gra­tia.

Zba­wie­ni jeste­śmy z łaski Bożej przez wia­rę. Bez wia­ry nie moż­na przyjść do Boga. Ale rów­no­cze­śnie wia­ra bez uczyn­ków jest mar­twa. Uczyn­ki idą za nami, świad­czą o wie­rze. To się zazę­bia. Wesley w jed­nym ze swo­ich kazań pisze, że „sama wia­ra, mia­no­wi­cie wia­ra chrze­ści­jań­ska, wia­ra wybra­nych Bożych, wia­ra pocho­dzą­ca z dzia­ła­nia Boga – jest tyl­ko słu­żą­cą miło­ści. Nie­za­leż­nie od tego, jak chwa­leb­na i czci­god­na by nie była, nie jest ona sama w sobie celem przy­ka­za­nia. Ran­gę przy­ka­za­nia nadał Bóg jedy­nie miło­ści. Miłość jest celem wszyst­kich przy­ka­zań Bożych” (Jan Wesley, Poucz mnie o tym, cze­go nie wiem, War­sza­wa 2001,s. 436). Raz jesz­cze powtó­rzę, że zba­wie­ni jeste­śmy z łaski Boga.

Co Ksiądz Biskup lubi w meto­dy­zmie?

Lubię ludzi w mojej para­fii. Oni są w więk­szo­ści głę­bo­ko wie­rzą­cy i mówią mi to, co myślą.

W Koście­le lubię to, że jest otwar­ty, że meto­dyzm to otwar­te drzwi, że wszy­scy są zapro­sze­ni do Wie­cze­rzy Pań­skiej.

Podo­ba­ją mi się pie­śni meto­dy­stycz­ne.

Podo­ba mi się, że jeśli w naszym Koście­le duchow­ny chce pro­wa­dzić nabo­żeń­stwo w todze, to pro­wa­dzi w todze; jeśli nie chce, to jej nie zakła­da.

Podo­ba mi się, że meto­dy­stą trze­ba się stać, nie moż­na się nim uro­dzić. Moż­na się uro­dzić w rodzi­nie meto­dy­stycz­nej, ale do meto­dy­zmu trze­ba doj­rzeć.

Podo­ba mi się pewien porzą­dek u nas, ale i to, że nie ma sztyw­nych reguł.

Powiem też, co mi się nie podo­ba. Otóż nie podo­ba mi się cza­sa­mi non­sza­lan­cja w cza­sie Wie­cze­rzy tych, któ­rzy nie przy­stę­pu­ją do Sto­łu Pań­skie­go. Nie podo­ba­ją mi się gło­śne roz­mo­wy w koście­le po nabo­żeń­stwie.

Marze­nia Bisku­pa?

Marzy mi się nie­kie­dy pod­czas nabo­żeństw cisza, np. po prze­czy­ta­niu Ewan­ge­lii. Sam na sam z Bogiem.

Moim wiel­kim pra­gnie­niem jest, żeby nigdy niko­mu nie zro­bić krzyw­dy.

Dzię­ku­ję za roz­mo­wę

roz­ma­wiał Krzysz­tof Krzy­wa­nia

Ekumenizm.pl działa dzięki swoim Czytelnikom!
Portal ekumenizm.pl działa na zasadzie charytatywnej pracy naszej redakcji. Zachęcamy do wsparcia poprzez darowizny i Patronite.