Powiedz Jasiowi, żeby był człowiekiem — rozmowa z ks. superintendentem Janem Ostrykiem
- 1 grudnia, 2012
- przeczytasz w 20 minut
O życiu małżeńskim, wychowywaniu dzieci, roli duchownego w Kościele metodystyczny i znaczeniu modlitwyopowiada ks. Jan Ostryk, proboszcz parafii ewangelicko-metodystycznej w Poznaniu, superintendent okręgu poznańskiego Kościoła metodystycznego w Polsceoraz przewodniczący poznańskiego Oddziału Polskiej Rady Ekumenicznej. Ksiądz Biskup ma jedną żonę – zgodnie z zaleceniem św. Pawła. Czy dobrze rządzi własnym domem, trzyma dzieci w uległości, z całą godnością – jak chce Apostoł? Proszę opowiedzieć o swoim domu, o żonie, jak […]
O życiu małżeńskim, wychowywaniu dzieci, roli duchownego w Kościele metodystyczny i znaczeniu modlitwyopowiada ks. Jan Ostryk, proboszcz parafii ewangelicko-metodystycznej w Poznaniu, superintendent okręgu poznańskiego Kościoła metodystycznego w Polsceoraz przewodniczący poznańskiego Oddziału Polskiej Rady Ekumenicznej.
Ksiądz Biskup ma jedną żonę – zgodnie z zaleceniem św. Pawła. Czy dobrze rządzi własnym domem, trzyma dzieci w uległości, z całą godnością – jak chce Apostoł? Proszę opowiedzieć o swoim domu, o żonie, jak się poznaliście? Czy Ksiądz wie, jaki kolor oczu ma żona?
Niedługo będziemy mieli 36. rocznicę ślubu. Poznaliśmy się w Grudziądzu w 1975 roku, gdzie znalazłem się jako młody duchowny po ordynacji. Na nabożeństwie, które prowadziłem, zobaczyłem dziewczynę, a nawet nie tyle dziewczynę, co piękne wielkie brązowe oczy; do dziś pamiętam, w jakiej sukience była wtedy.
No właśnie – w jakiej?
W krótkiej, prostej, jasnobrązowej – kawa z mlekiem (tylko nie wiedziałem wtedy jeszcze czy z cukrem, czy bez) – w piękne zielone liście. Poznaliśmy się przez braki peerelowskie. Renata pracowała w sklepie, a ja bardzo lubię kawę, której nie można było wówczas nigdzie kupić. Jako pełniący obowiązki proboszcza zapytałem, czy nie załatwiłaby mi kawę. I tak się zaczęło. Praktycznie na pierwszej randce się oświadczyłem. Doznawałem dziwnego rozgrzania serca na widok tej dziewczyny. Znaliśmy się chyba sześć tygodni, ale to była pierwsza randka. Właściwie codziennie przez ten czas pytałem w modlitwie Pana Boga o tę dziewczynę, o nas. I zyskałem pewność, że to właśnie ona. Moje oświadczyny zostały wtedy przyjęte. Powiedziała „tak”. Jestem wdzięczny Panu Bogu, bo przez te 36 lat moja żona jest częścią mnie, jest częścią mojego życia.
Znaliście się dość krótko, Wasza znajomość nawet nie miała szansy być wystawiona na próbę?
Jest pewna historia. Otóż codziennie przeglądałem księgi parafialne ucząc się ludzi, poznając ich nazwiska. I nagle pewnego wieczoru czytam nazwisko: Mariusz Czech, a w rubryce matka” imię (właściwie dwa imiona) i nazwisko mojej narzeczonej. Pociemniało mi w oczach – ma dziecko? chyba była mężatką!? – myślałem. Źle się wtedy czułem. Długo patrzyłem w papiery. Nawet nie chodziło mi o to, że jest dziecko, ale że mi o tym nie powiedziała. To było najgorsze. W końcu pomyślałem: trudno, będę mieć dziecko, po to się też przecież chcę żenić. I wtedy zorientowałem się, że to dziecko jest rówieśnikiem mojej narzeczonej, a jego matka jest ciotką Renaty; narzeczona odziedziczyła po niej imiona. Poczułem wielką ulgę, ale równocześnie to było jak próba – upewniłem się co do swoich uczuć, bo w końcu byłem gotowy zaakceptować dziecko Renaty. Parę miesięcy później ślubowaliśmy sobie, że będziemy razem. Pan Bóg pobłogosławił nam piątką dzieci, z których ostatnie urodziło się dokładnie 20 lat po naszym ślubie.
Czy macie zwyczajne kłopoty małżeńskie, wychowawcze z dziećmi? Jak sobie radzicie?
Mieliśmy różne problemy, ale na szczęście nie takie, żeby aż trzeszczał nasz związek. Jedno z naszych dzieci zapytało nas niedawno, czy mieliśmy tzw. ciche dni. I myśmy z żoną całą chwilę siedzieli, myśleli i nie mogliśmy sobie przypomnieć jakichś dramatycznych sytuacji; co nie znaczy, że nigdy nie zaiskrzyło. Ja jestem cholerykiem, może niekiedy człowiekiem zbyt zasadniczym. Nie mogliśmy sobie przypomnieć wzajemnej niechęci, nie mówiąc o wrogości. Mogę opowiedzieć anegdotyczną sytuację: pewnego razu wróciłem skądś do domu i nie było obiadu, i miałem trochę pretensji do żony; powiedziałem: „Idę gdzieś na obiad”. A na to żona: „Poczekaj parę minut”. Pytam więc: „Ugotujesz obiad?” a ona: „Nie, ale ubiorę się i pójdziemy na ten obiad razem”.
Żona zawsze pracowała w domu?
Nie, pracowała zawodowo do momentu urodzenia trzeciego dziecka. Wtedy też wzrosła ilość moich obowiązków związanych z Kościołem.
Czy małżeństwo pomaga w głoszeniu Ewangelii?
Te obszary naszego życia: domowego, rodzinnego i kościelnego w zasadzie się zazębiają. Moja rodzina nigdy nie była utrudnieniem dla mojej służby. Żona wiedziała za kogo wychodzi za mąż. Nigdy nie usłyszałem pretensji, że idę do kościoła, do chorego, na spotkanie. Przeciwnie – przejmowała wszystkie obowiązki domowo–rodzinne, żeby mnie odciążyć. Ale też była moją nieetatową asystentką, która regulowała terminy, dopilnowywała pewnych spraw.
Nie było konfliktu czasu poświęconego na pracę i rodzinę?
Kiedy rodziła się nasza druga córka, a trzecie z kolei dziecko (bo pierworodnym był syn) – otrzymaliśmy z Przemyśla telefon, że zmarła staruszka, która zawsze mówiła: „Jak umrę, to ksiądz Jan ma mnie pochować”. Wiadomość o jej śmierci dostaliśmy 1 stycznia, z Grudziądza jest jakieś 600 km do Przemyśla. To były równocześnie ostatnie godziny ciąży. Żona mówi: „Jedź, ja sobie poradzę”. O godzinie 1 w nocy z 2 na 3 stycznia przyjechałem do Przemyśla i tej właśnie nocy o 2 godzinie urodziła nam się córka.
Nie mieliście kłopotów wychowawczych z dziećmi?
Pan Bóg obdarzył nas normalnymi dziećmi. Co to są problemy wychowawcze? Syn miał dużo energii, ale nie był tak „dynamiczny”, jak ja. Kiedy działy się pewne niezbyt dobre rzeczy, mówiłem do niego: „Chłopaku, wymyśl coś, czego ja jeszcze nie robiłem”. Grał w piłkę, chodził po drzewach, parę razy pobił się z rówieśnikami, ale nie był łobuzem. Córki nie włóczyły się, nie brały narkotyków, nie piły alkoholu. Być może dlatego, że miały w domy miłość. Były akceptowane takie, jakie są, co nie znaczy, że nie próbowaliśmy ich podciągać w górę. Staraliśmy się zawsze akceptować ich wybór i uczyć odpowiedzialności za podjęte decyzje. Mój syn jest piekarzem, a moją ambicja było, żeby kształcił się dalej, bo ma wielki talent językowy. Ale on powiedział: „Tatuś, jestem szczęśliwy jako piekarz”. I ja przyjąłem ten wybór i nie wierciłem mu dziury w brzuchu. Tylko żal mi niekiedy, że tak ciężko pracuje. Ale jest szczęśliwy i to jest najważniejsze.
Pozostałe dzieci?
Dwie córki jeszcze są w domu, jedna wyjechała do Anglii, gdzie jest szefem dużej piekarni, i jedna jeszcze mieszka w Kielcach ze swoją rodziną.
Ksiądz przecież nie o wszystkim może rozmawiać ze swoją żoną – są tajemnice, które inni powierzają Księdzu. Czy to nie jest trudne – dla Księdza i dla żony, że mąż nie o wszystkim mówi?
Nigdy nie odczułem ze strony żony jakiegoś oczekiwania, że powiem jej wszystko, co wiem. A nawet o niektórych sprawach kościelnych żona dowiadywała się np. od żony innego pastora. Małżonka jest bardzo dyskretna.
A Ksiądz nigdy nie czuł ciężaru, że chciałby czymś podzielić się z żoną, ale nie może tego zrobić?
Nie, mam świadomość szczególnej funkcji, którą pełnię. Są sprawy, z którymi nie mogę się dzielić – nawet z żoną. To ja jestem duchownym, a nie moja żona. Żona duchownego nie jest duchownym, mimo, że są jednym ciałem. Podobnie np. lekarz nie będzie opowiadał żonie o dolegliwościach przysłowiowego Nowaka. Nie czułem nigdy takiej potrzeby.
Czy małżeństwo Jana i Renaty jest partnerskie, czy jednak mąż jest głową i decyduje o wszystkim?
Tworzymy dość tradycyjną rodzinę. Rozmawiamy zasadniczo o wszystkim, co dotyczy domu: o zakupach, dzieciach, o planach. Są dz
iedziny życia, w których ja mam więcej do powiedzenia, i takie, że to żona jest decydentem. Rozmawiamy o wszystkim, bo dzieci potrafią niekiedy wykorzystać niewiedzę jednego z rodziców.
Nie czuję się pantoflarzem. A żona nie daje mi do zrozumienia, że czuje się stłamszona przeze mnie. O większości spraw, jak mówiłem, rozmawiamy, i w końcu ktoś musi podjąć decyzję. Także dzieciom zawsze powtarzamy: rozmawiajcie, mówcie! dopóki mówicie, my słuchamy i na podstawie tego możemy decydować lub w czymś pomóc.
Czy obowiązki i pozycja starszego zboru, biskupa pomagają w relacjach rodzinnych czy przeszkadzają?
To są różne odpowiedzialności. Oczywiście mogę się spotkać z zarzutem, że jeśli nie potrafię prowadzić domu, to nie mogę prowadzić Kościoła. I coś w tym jest. Ale za dom, za dzieci odpowiadamy do jakiegoś momentu życia. Wyposażamy dzieci w pewne instrumenty, pokazujemy wzorce. Jeśli potrafię słuchać w domu słabszych od siebie, to potrafię i w Kościele. Jeśli mam obowiązek słuchania innych w Kościele, to rozumiem, że mam też słuchać w domu. I choć to są różne odpowiedzialności, to nie można duchowo rozdzielić Kościoła i domu. Bo dom jest Kościołem. Nie mogę udawać chrześcijanina na liturgii, a w domu być zupełnie kimś innym. Dzieci to widzą. Jeśli na nabożeństwie tworzymy z żoną i dziećmi uduchowioną rodzinę, a w domu zaczynamy się kopać – to kazania będą brzmiały sztucznie, a żona w końcu powie: nie idę do kościoła; córka zaś pójdzie śpiewać gdzieś indziej. Mnie jest trochę przykro, gdy któreś z moich dzieci nie przyjdzie na nabożeństwo. Ale niezwykle rzadko dzieci mówiły nam „nie”. Lubimy spędzać czas razem – również w kościele.
Czy Ksiądz nie łapie się niekiedy na tym, że w domu mówi jak pastor – prorok we własnym domu?
Jeśli Bóg objawił się nam jako pasterz, ale i ojciec, to ja staram się też być pasterzem – w kościele (również dla swojej rodziny) – i ojcem, mężem w domu. Zdarzało się, że gdy któreś z moich dzieci przyszło mnie zapytać o coś związanego np. z lekcją religii, to ja mówiłem: „Pogadaj z pastorem”. Staram się nie być księdzem w domu. Nie mamy jakichś specjalnych modlitw, zachowań religijnych. Staramy się żyć wiarą w sposób naturalny. Modlimy się zwykle przed posiłkami. Niczego nie nakazuję np.: módl się, bo tata jest księdzem. Ty masz chcieć to robić, ale nie musisz.
Modlitwę przed posiłkiem prowadzimy na zmianę, no może najczęściej ja prowadzę, ale to są krótkie modlitwy, spontaniczne. Gdy modlitwa jest dłuższa, to córka mówi: „O, Tata nie jest głodny”. Albo gdy jest bardzo krótka: „Tata jest dziś bardzo głodny”.
Dzieci otwarcie komentują niektóre sprawy. Kazania niedzielne też są komentowane w domu i dość rzadko dobrze, choć nie mogę powiedzieć, że źle – komentarz jest merytoryczny. I raczej nie słyszę narzekań z rodzaju: znów muszę słuchać tatę na nabożeństwie!
Nie ma jakiegoś złotego środka ani na życie Kościoła ani na życie rodzinne. Jeśli chodzi o Kościół, to chyba dlatego, że jedyne, co w nim święte, to sam Bóg, a reszta to grzeszny człowiek – uświęcony, odkupiony, ale grzeszny. W domu nie żyjemy w sterylnych, wyidealizowanych warunkach. Jesteśmy częścią świata. Pan Jezus powiedział do swojego Ojca: Nie modlę się, żebyś ich zabrał ze świata, ale być ich wyposażył do życia w tym świecie.
Jak dzieci przeżywają, że ich tata jest księdzem, biskupem?
Moje dzieci nigdy z tego nie robiły problemu. Dla nich było dziwne, że ktoś się dziwi. Pewnego razu z najmłodszą córką, miała wtedy 5 lat, poszliśmy do logopedy. Lekarka powiedziała, żebym się nie odzywał, że to ona będzie rozmawiać z dzieckiem. Nie byłem ubrany w koloratkę – zwykle, żeby nie gorszyć maluczkich, noszę zwykły strój. Spacer duchownego pod rękę z żoną czy z przytulonymi córkami mógłby wywołać u nas… konsternację (to za mało powiedziane). Logopeda wypytywała córkę o różne sprawy; padło też pytanie: gdzie pracuje twój tatuś. Córka oczywiście odpowiedziała: mój tatuś pracuje jako ksiądz. W gabinecie zrobiła się kompletna cisza, pani logopeda zamarła, ja się nie miałem odzywać, więc milczałem. Dopiero gdy zobaczyłem, że pani doktor nie ma sił nawet podnieść oczu znad biurka, powiedziałem, że jestem księdzem, ale nie katolickim księdzem.
Jaka cecha mężczyzny jest najważniejsza w relacji do żony?
Miłość – bo ona zakrywa wiele niedoskonałości. Miłość sprawia, że jesteśmy w stosunku do kobiety uczciwi.
Jakiej jednej rady udzieliłby Ksiądz Biskup młodym, którzy się pobierają?
Jeśli nie mają pewności, to niech się nie pobierają. A pewność uzyskuje się po modlitwie. Ja miałem pewność, a jednak modliłem się i pytałem Boga: „Czy to jest ta kobieta, czy tylko tak mi się wydaje? Jeśli nie ta, zatrzymaj mnie”. Pytajcie o duchową – nie tylko emocjonalną – pewność. A jeśli już powiedziałeś „tak”, to rób wszystko, żeby dotrzymać słowa. Nie mów do swojej drugiej połowy, że ma dotrzymywać słowa. To ty masz dotrzymywać słowa.
Jeśli mam dać radę to – gdy pojawiają się problemy – nie burzcie, ale budujcie. Ja buduję na modlitwie. Jeśli wybrałem tę kobietę, a ona wybrała mnie, to na dobre i na złe, i do końca.
Modlitwa jest ważna w rodzinie, też po to, by przejść przez trudności, pomaga Wam?
Doświadczaliśmy siły modlitwy w naszym związku. Kiedy przychodziły trudne sytuacje np. finansowe, czy choroba dziecka – byliśmy bardzo spięci. Modliliśmy się: „Panie, pozwól nam przejść przez to”. Nie mówiliśmy: „Odsuń to od nas, lecz: pozwól przejść”. Jednej z naszych córek groziło kalectwo i wielu ludzi modliło się i my się modliliśmy. Dziś uprawia siatkówkę, a rokowania mówiły, że nie będzie chodzić. Choroba ustąpiła w ciągu kilku miesięcy, mimo że lekarz mówił o latach czekania na ewentualną poprawę.
Za czasów Peerelu była taka zima, gdy nie mieliśmy butów dla naszych dzieci. Żona bardzo to przeżywała; modliliśmy się i powiedzieli sobie, że musimy to jakoś przeżyć. Dosłownie kilka dni później, to było w Grudziądzu, ktoś przyniósł pod nasze drzwi paczkę – do dziś nie wiemy od kogo ona była. W środku znaleźliśmy odzież i dwie pary włoskich kozaków – akurat na nasze dzieci. To były Boże buty.
Wierzy Ksiądz w skuteczność modlitwy? np. o wyzdrowienie dla ciężko chorego?
Modlę się o błogosławieństwo dla tego człowieka, o rozwiązanie jego cierpienia – albo przez uzdrowienie albo przez zakończenie cierpienia. Niekiedy nasza modlitwa o innych bywa egoistyczna – kierujemy się własnym interesem, a nie dobrem tego człowieka.
Gdy nasza córka, jak wspominałem, bardzo poważnie zachorowała – jej kości zaczęły umierać – to modliłem się o zdrowie dla niej i prosiłem wielu innych ludzi o modlitwę. Nawet walczyłem z Bogiem. Prosiłem o mądrość, żebyśmy przeszli przez to. To była ciemna dolina. I wiem, że trzeba mieć szacunek dla decyzji Pana Boga. Pamiętam, że powstał wtedy cały łańcuch modlitwy: od pniewskich urszulanek po wiejskiego katolickiego proboszcza i charyzmatyków w Poznaniu. To była walka modlitewna – może też o mnie, o moją wiarę, żebym nie pogniewał się na Pana Boga.
Czy Ksiądz wierzy, że po naszej modlitwie Bóg bezpośrednio wkracza w rzeczywistość, w nasz świat i np. uzdrawia, leczy kości, powoduje, że lekarz podaje odpowiednie lekarstwo?
Mogę tylko opowiedzieć o tym, co mnie spotkało – nasza córka wyzdrowiała. Nie chcę teo
retyzować.
Zresztą zawsze obawiałem się ludzi, którzy tylko teoretyzują. Miałem parafiankę w Grudziądzu, która dopiero w podeszłym wieku nauczyła się czytać i to tylko po to, żeby móc czytać Pismo święte. Ona była właśnie praktykiem. Gdy czegoś sobie nie umiałem poukładać, planowałem wizytę duszpasterską u niej. Miała wtedy 80 lat, ja 30. Po modlitwie rozmawialiśmy – nigdy nie mówiłem, z czym przyszedłem – i zawsze otrzymywałem jakieś przekonanie, co mam robić. Ta pani nie miała żadnego wykształcenia. Nie była teoretykiem, a jednak bardzo mi pomagała zrozumieć.
Ksiądz Biskup pochodzi ze Śląska? Pracował jako górnik, pod ziemią? Potem w straży pożarnej?
Jestem Górnoślązakiem z krwi i kości. Urodziłem się w Bytomiu – jednym z najbardziej górnośląskich miast, jakie można sobie wyobrazić. Studiowałem w Warszawie, mężczyzną stałem się na Pomorzu, mieszkam obecnie w Wielkopolsce.
Zanim zostałem księdzem próbowałem zarobić trochę pieniędzy: pracowałem przez rok 560 metrów pod ziemią na kopalni, byłem też strażakiem, bo nie chciałem iść do wojska; pracowałem również w hucie żelaza. W tym okresie pracy na kopalni zaczęło się we mnie coś zmieniać. Szukałem swojego miejsca – byłem ochrzczony, chodziłem do kościoła, byłem konfirmowany, byłem nawet zastępcą delegata parafii na synod Kościoła. Ale wciąż czegoś szukałem.
Wiarę wyniósł Ksiądz z domu?
Moi rodzice byli głęboko wierzącymi ludźmi. Mama codziennie przed pójściem spać klękała do modlitwy, na stoliku leżała mocno podniszczona wyczytana Biblia. Mama śpiewała często pieśni z naszego kancjonału, tak, że wiele z nich znałem na pamięć, nim nauczyłem się czytać.
Mój ojciec przed śmiercią powiedział do mojej mamy (nie byłem przy jego śmierci): „Powiedz Jasiowi, żeby był człowiekiem”. Wraca to nieraz do mnie jako przypomnienie słów Piłata wskazującego na Chrystusa: „Oto człowiek”. Być człowiekiem to właściwie znaczy być jak Chrystus.
Jak to się stało, że Jan Ostryk został pastorem?
Pan Bóg powołał mnie spod ziemi. Otóż w parafii w Katowicach odbywała się ośmiodniowa ewangelizacja i ja codziennie jeździłem z Bytomia do Katowic na te nabożeństwa. Moja mama podejrzewała, że jakąś dziewczynę poznałem, bo tak codziennie tam jeździłem, a wiedziała, że aż tak gorliwym wyznawcą nie jestem. Ale coś mnie tam ciągnęło. I ostatniego dnia, w niedzielę, przeżyłem na nabożeństwie doświadczenie niezwykle głębokiego spokoju. Miałem wrażenie jakby kaplica powiększyła się do ogromnych rozmiarów. Powiedziałem potem księdzu, który miał kazanie, że chciałbym kiedyś chociaż raz powiedzieć komuś, kto jest w rozterce, żeby przeżył taki spokój, jaki ja poczułem. Wtedy on powiedział: „No to zostań księdzem”. Pomyślałem, że zwariował. A on tak pokierował sprawami, że trzy miesiące później znalazłem się w seminarium. Byłem jednak pewien, że najpóźniej za rok wyrzucą mnie stamtąd. W końcu otrzymałem ordynację na diakona, później na prezbitera. Nie tak od razu jednak. Byłem trochę krnąbrny, miałem swoje zdanie – nie zawsze słuszne, ale miałem, i kiedy przedłożyłem roczną pracę ze Starego Testamentu, usłyszałem od ks. prof. Witolda Benedyktowicza, ówczesnego Zwierzchnika Kościoła, że moja praca nie jest mocna teologicznie; na co odrzekłem, że ja chcę być kaznodzieją, a nie teologiem. Po tej odpowiedzi musiałem czekać jeszcze rok na ordynację.
Do dziś uważam, że jestem kaznodzieją, a nie teologiem.
Kim jest pastor w Kościele metodystycznym?
W Kościele metodystycznym nie ma sakramentu święceń, jest ordynacja: na diakona i prezbitera. Biskup ( u nas nazywa się go superintendentem) to funkcja nadzoru wypełniana przez okres sześciu lat. Biskupem może zostać wybrany tylko prezbiter.
Prezbiter w naszym Kościele jest człowiekiem, który został w szczególny sposób przygotowany do posługi głoszenia słowa Bożego i sprawowania sakramentów. To dwie główne prerogatywy prezbitera. Diakon nie ma pełni takich uprawnień. Prezbiter nie jest zastępcą Chrystusa. Jest sługą Chrystusa i społeczności. Wskazuje ludziom na Tego, któremu służy i do Kogo ma ludzi prowadzić. W metodyzmie nie mówimy o kapłaństwie, tylko o stanie duchownym. Kapłan to ten, który sprawuje ofiarę. W naszym rozumieniu duchowny jest tym, który prowadzi ludzi do Chrystusa. Podczas aktu ordynacji padają pytania: Czy zobowiązujesz się głosić Chrystusa? Czy zobowiązujesz się wypełniać to, co jest zawarte w Piśmie świętym? Czy zobowiązujesz się odnajdywać ludzi, którzy potrzebują Chrystusa?
Pastor jest integralną częścią społeczności, która stanowi Ciało Chrystusa. Wszyscy ze zboru na ten sam sposób uczestniczą w Ciele Chrystusa.
Kościół metodystyczny powstał w XVIII wieku – jakie są jego źródła?
Metodyzm ma początki w anglikanizmie. Jan Wesley – inspirator metodyzmu był anglikańskim duchownym i nigdy nie przestał nim być. Metodyzm można trochę porównać do ruchu odnowy w Duchu Świętym w Kościele rzymskokatolickim. Kościół nie odcina się od tego ruchu, ale próbuje go moderować, czuwać nad nim i przyznaje się do niego. Kościół anglikański nie chciał, nie umiał uznać ruchu Wesleya. A to była właśnie próba odnowy Kościoła. Nie udała się jednak z powodu niechęci hierarchii. Wesley do końca życia miał nadzieję, że to się zmieni. I nie godził się na powołanie odrębnej społeczności.
Skąd nazwa „metodyści”?
Niestety nazwa „metodyści” była w ówczesnej Anglii pogardliwa ze względu na niechęć Kościoła do ruchu Wesleya. A metodyści starali się jedynie żyć według pewnej metody: modlitwa, społeczność, sakrament Stołu Pańskiego. Nie robili niczego, co by wychodziło poza pogłębione życie chrześcijańskie. Odmawiano im jednak pochówku, chrztu, ślubu. Stali się pariasami Kościoła anglikańskiego.
Sam ruch zrodził się, jak mówiłem, z potrzeby Wesleya odnowienia życia duchowego ludzi mu współczesnych. Nie był ruchem przeciw komuś, ale na rzecz czegoś. Nie wystąpił przeciw Kościołowi anglikańskiemu, nie wystąpił przeciw katolikom, niektórzy posądzali nawet Wesleya o papizm.
Co dla samego Jana Wesleya było inspiracją dla tworzenia ruchu metodystycznego?
Wesley jako duchowny zachowywał dość surowy tryb życia, a mimo to nie znajdował spokoju i pewności zbawienia. Decydujący wpływ na przemianę Wesleya mieli bracia morawscy – prości ludzie, którzy chcieli żyć duchem Ewangelii. Kiedy Wesley płynął do Ameryki i rozszalała się burza, to wszyscy znajdujący się na statku chrześcijanie – za wyjątkiem braci morawskich – byli przerażeni. Bracia morawscy siedzieli spokojnie, modlili się, śpiewali pieśni. To poruszyło Wesleya i doprowadziło go do bardzo osobistego spotkania z Bogiem – nazywał to doświadczenie dziwnym rozgrzaniem serca. Zyskał wówczas wewnętrzny, łagodny pokój wynikający z pewności zbawienia. Odtąd stał się orędownikiem świadomego chrześcijaństwa – nie wypływającego tylko z tradycji, z wychowania, ale osobistego, świadomego wyboru.
Kościół metodystyczny powstał dopiero po śmierci Wesleya?
Tak, chociaż pewne struktury społeczności były za jego życia: tzw. klasy – niewielkie 10–12 osobowe grupy, które miały nawzajem się wspierać. Klasy tworzyły większą społeczność, liderzy klas mieli obowiązek spotkać się z każdym przynajmniej raz w tygodniu na rozmowie i modlitwie, zorientować się w potrzebach i wspierać.
Metodyzm był na początku postrzegany jako ruch społeczno-religijny. Pierwszym budynkiem, który metodyści zbudowali w Angl
ii była nie kaplica, ale szkoła dla biednych dzieci. Od początku towarzyszyła nam pewna wrażliwość społeczna. Gmach ONZ w Nowym Jorku stoi na terenie darowanym przez amerykańskich metodystów. A założycielskie zebranie Narodów Zjednoczonych odbyło się tuż po drugiej wojnie w metodystycznym centrum w Londynie.
Jak ksiądz Biskup rozumie historyczność Kościoła, jakie jest poczucia tożsamości metodystów.
Kościół jest drzewem, pniem jest Chrystus, a gałęzie tego drzewa rosną w różne strony, pozostając wciąż częścią tego drzewa. Metodyści wierzą, że są częścią Kościoła Chrystusa. Historycznie pojawiają się w wieku XVIII, ale wprost odwołują się do Ewangelii, a ich nabożeństwo zawiera wszystkie elementy opisane w Dziejach Apostolskich.
Czym jest Kościół?
To miejsce, w którym sprawowane są sakramenty Chrystusa i jest głoszona Ewangelia o Jezusie Chrystusie. Nie mam żadnych problemów z odwołaniem się do św. Augustyna, bo jest dobrem chrześcijaństwa. Apokalipsa mówi o Kościołach, które łączy wiara w Chrystusa. W moim przekonaniu wyznacznikiem Kościoła jest to, że zwiastowana jest Ewangelia o Jezusie Chrystusie. Kościół dla mnie jest tam, gdzie dwóch lub trzech zbiera się w imieniu Jezusa – tam zaczyna się społeczność; Kościół to społeczność świętych – nie dlatego, że są doskonali, ale dlatego, że zostali uświęceni krwią Chrystusa. On przyszedł do wszystkich wyklętych, potępionych przez ogół. Szedł do nich bez wstydu. Przyszedł do tych, co Go potrzebowali, nie do świątyni zbudowanej przez człowieka.
„Otwarte serca, otwarte umysły, otwarte drzwi – takimi pragną być ludzie nazwani metodystami” – to hasło wita internautów, którzy wchodzą na stronę poznańskich metodystów. W jakim sensie Kościół metodystyczny jest otwarty? Jest tu miejsce dla każdego?
Tworzymy oczywiście formalną strukturę kościelną. Jednak na nasze nabożeństwa przychodzą osoby, które po prostu dobrze się z nami czują. Są przyjęci, ugoszczeni i zaproszeni do Stołu Pańskiego. Każdy ma prawo uczestniczyć w naszym nabożeństwie i przyjąć Komunię.
Stół Pański jest Stołem – jak sama nazwa mówi – Pana, Chrystusa, nie naszym. Każdy jest zaproszony, kto czuje taką potrzebę. Ten sakrament ma nam przynieść ukojenie; jest dla grzeszników, nie dla świętych. To źródło Bożej łaski. Oczywiście, żeby godnie przyjąć sakrament Wieczerzy trzeba rozróżniać ciało i krew Pańską – mieć świadomość do czego przystępujemy. Prowadzący nabożeństwo wzywa też do skruchy i zwiastuje Bożą łaskę przebaczenia.
Naukę protestantyzmu ujmuje się m.in. w: sola fide, sola gratia.
Zbawieni jesteśmy z łaski Bożej przez wiarę. Bez wiary nie można przyjść do Boga. Ale równocześnie wiara bez uczynków jest martwa. Uczynki idą za nami, świadczą o wierze. To się zazębia. Wesley w jednym ze swoich kazań pisze, że „sama wiara, mianowicie wiara chrześcijańska, wiara wybranych Bożych, wiara pochodząca z działania Boga – jest tylko służącą miłości. Niezależnie od tego, jak chwalebna i czcigodna by nie była, nie jest ona sama w sobie celem przykazania. Rangę przykazania nadał Bóg jedynie miłości. Miłość jest celem wszystkich przykazań Bożych” (Jan Wesley, Poucz mnie o tym, czego nie wiem, Warszawa 2001,s. 436). Raz jeszcze powtórzę, że zbawieni jesteśmy z łaski Boga.
Co Ksiądz Biskup lubi w metodyzmie?
Lubię ludzi w mojej parafii. Oni są w większości głęboko wierzący i mówią mi to, co myślą.
W Kościele lubię to, że jest otwarty, że metodyzm to otwarte drzwi, że wszyscy są zaproszeni do Wieczerzy Pańskiej.
Podobają mi się pieśni metodystyczne.
Podoba mi się, że jeśli w naszym Kościele duchowny chce prowadzić nabożeństwo w todze, to prowadzi w todze; jeśli nie chce, to jej nie zakłada.
Podoba mi się, że metodystą trzeba się stać, nie można się nim urodzić. Można się urodzić w rodzinie metodystycznej, ale do metodyzmu trzeba dojrzeć.
Podoba mi się pewien porządek u nas, ale i to, że nie ma sztywnych reguł.
Powiem też, co mi się nie podoba. Otóż nie podoba mi się czasami nonszalancja w czasie Wieczerzy tych, którzy nie przystępują do Stołu Pańskiego. Nie podobają mi się głośne rozmowy w kościele po nabożeństwie.
Marzenia Biskupa?
Marzy mi się niekiedy podczas nabożeństw cisza, np. po przeczytaniu Ewangelii. Sam na sam z Bogiem.
Moim wielkim pragnieniem jest, żeby nigdy nikomu nie zrobić krzywdy.
Dziękuję za rozmowę
rozmawiał Krzysztof Krzywania