
- 5 października, 2015
- przeczytasz w 2 minuty
Medialna epopeja wokół sprawy ks. Krzysztofa Charamsy nie jest ani świadectwem upadku, ani tym bardziej triumfalnym wyjściem z szafy. To po prostu spektakl, w którym deklarowana naiwność przeplata się z nachalnym automarketingiem.
Celebryta
Medialna epopeja wokół sprawy ks. Krzysztofa Charamsy nie jest ani świadectwem upadku, ani tym bardziej triumfalnym wyjściem z szafy. To po prostu spektakl, w którym deklarowana naiwność przeplata się z nachalnym automarketingiem.
Czy ks. Krzysztof pozazdrościł ks. Wojciechowi Lemańskiemu sezonowej sławy? Trudno powiedzieć. Czy ks. Charamsa jest szczery sam ze sobą, a jego intencje odzwierciedlają tzw. dobro Kościoła? Może. Rozmowa kapłana z Renatą Kim na łamach tygodnika Newsweek Polska niczego nie wyjaśnia, a wręcz rodzi poważne wątpliwości, dotyczące całego przedsięwzięcia. Pomijając dwukrotne odsyłanie do mającej się ukazać niebawem książki teologa (zapewne lekkostrawnej spowiedzi generalnej dla mas), najwięcej pytań wzbudza całościowe spojrzenie na sprawę.
O co chodzi? Nie mówimy o jakimś tam kapłanie, przypadkowym duchownym i medialnym pieszczochu, ale o księdzu, który błyskawicznie wspinał się po drabinie kościelnej kariery. Ścieżka kariery zapewne skończyłaby się co najmniej biskupią nominacją. Nie byle kto zostaje członkiem Międzynarodowej Komisji Teologicznej, podobnie eksponowane i dobrze zapowiadające się stanowisko w najważniejszej dykasterii watykańskiej nie jest jedynie wypadkową szczęścia i koneksji, ale elementem o wiele bardziej złożonej układanki. Mamy więc do czynienia z wytrawnym – jak mniemam – teologiem, który w wywiadach demonstruje dziecięcą wręcz naiwność: chęć zmiany Kościoła, wpłynięcia na papieża Franciszka, czy ojców rozpoczętego Synodu Biskupów.
Nie wierzę w deklarowane intencje ks. Charamsy, gdyż nie wierzę, że teolog i watykański technokrata z takim doświadczeniem i znajomością kościelnej machinerii, może mówić to, co tak lekko przychodzi właśnie ks. Charamsie. Rzymskokatolicki kapłan, który po latach kariery postanawia wywrócić wszystko do góry nogami, używając do tego medialnej inscenizacji, i żonglujący zbyt prostymi receptami. To żadna eklezjalna supernowa, a po prostu narodziny (post)kościelnego celebryty, który postanowił być ważny i zauważalny w inny sposób.
Irytujące są nie tylko słowa ks. Charamsy, nieskrywana prowokacja i teatralne wyjście z szafy. Także ekshibicjonizm na miarę powiatowego talk-show poprzez epatowanie życiem prywatnym rodzi wiele pytań.
Jeszcze bardziej pożałowania godne są litościwe wyrazy współczucia kierowane pod adresem kapłana, kretyńskie moralitety na temat jego męskości czy stanu psychiczno-duchowego zdrowia. Schadenfreude niektórych i wielu zatroskanych „upadkiem” katolików ma porównywalną wiarygodność, co poczucie misji deklarowane przez ks. Charamsę.
Wróżę ks. Charamsie krótszy żywot medialny niż ks. Lemańskiemu. Zmiecie go nie tylko sam synod i rozkręcająca się kampania do parlamentu, ale też natrętny automarketing. W tym wszystkim szkoda teologii i teologów.