Z amerykańskiej perspektywy…
- 29 kwietnia, 2008
- przeczytasz w 7 minut

W Ameryce przynależność religijna stała się więcej niż dobrym interesem, zapewnia ona dobra materialne i niezłe dochody. Politycy amerykańscy (polscy pewnie już także) doskonale zdają sobie sprawę z tego, że od przynależności do kościoła uzależnione są ich wygrane wybory. Politycy i biznesmeni uczestniczą w aktywności kościołów, traktując to jako część swoich obowiązków w prowadzeniu dobrych interesów.
Bycie religijnym jest niemal konieczne do wspinania się po drabinie sukcesu. Nagroda za religijność jest natychmiastowa i wyraźnie namacalna na bankowym koncie lub w ilości głosów wyborców. Te małżeństwo religii z ekonomią i polityką w warunkach amerykańskich często wiedzie do dynamicznego rozwoju charyzmatycznej teologii sukcesu i prosperity, która dotyka już nie tylko ewangelikalnych chrześcijan, ale również tych z kościołów tradycyjnych.
Taka teologia nie tylko, że uznaje własny interes, ale go jeszcze uświęca, obiecując swoim wyznawcom wspaniałe dostatnie życie teraz i w wieczności. Twierdzi ona z niezachwianą wiarą, że prawdziwe zbawione dziecko Boże, musi być zdrowe i bogate, gdyż jest dzieckiem Królewskim. A jeśli zdarzyło się, że jesteś biedny i chory, to znaczy żeś niewierzący, potępiony i winny swojej niedoli. Jednak jeśli chcesz wyjść z tej sytuacji, wówczas apostołowie sukcesu mogą ci obiecać Boże błogosławieństwo i stokrotne materialne zyski, za każdą sumę pieniędzy wysłaną na ich adres. Abyś mógł być pewien oczekującego ciebie sukcesu i błogosławieństwa, ci wspaniali Boży słudzy jako gwarancję przyszłego powodzenia wskazują na samych siebie, paradoksalnie w tym samym czasie, gdy na telewizyjnym ekranie żebrzą o pieniądze.
Dla wielu ludzi religia była i jest niczym innym jak drogą do bogactwa, prestiżu i kariery. Poprzez niczym nieuzasadnione obietnice podparte wyrwanymi z kontekstu biblijnymi wersetami i Bożym autorytetem torują sobie drogę do ludzi naiwnych, zagubionych i pragnących kropli szczęścia wyciśniętej z szarości swego życia.
Spoglądając na amerykańskie kościoły nie trudno zauważyć jak prześcigają się w marketingowych pomysłach, aby tylko zdobyć jak największą ilość ludzi, traktując religię jako czysty biznes. Swoje działania usprawiedliwiają w taki sposób: — Cóż w tym jest złego, jeśli ludzie przychodzą do naszego kościoła z tego powodu, że oferujemy im najlepsze przedszkole, aerobik, a dla młodzieży obozy i dyskotekę jeśli w tym procesie mogą słyszeć Ewangelię?
No cóż, mówi się trudno — w końcu kościół zaczął wyglądać i działać jak dobrze zorganizowane centrum handlowe. Członkowie tych kościołów są masowo trenowanymi konsumentami atrakcyjnych produktów religijnych w postaci teologii sukcesu i wielu innych dających im pewność dostatniego życia tu na ziemi, i tam w wieczności.
Patrząc na to wszystko nie trudno jest sobie uświadomić, jak szkodliwa jest taka teologia i jak bardzo odbiegająca od wzoru pokornego Nauczyciela z Nazaretu. Jednak nie jest to jedyna teologiczna ślepa ulica amerykańskiej religijności, są także i takie, które uważają za swój święty chrześcijański obowiązek posyłać z radością do piekła tych wszystkich, którzy nie pasują do ich standardów pojmowania świata i religii.
Zazwyczaj można ich spotkać stojących z transparentami krzyczącymi wielkimi literami, że Bóg nienawidzi tamtych, a takich jak oni, kocha — a więc jeśli jesteś po stronie “tamtych” masz do wyboru, że staniesz się jednym z nich, albo Bóg pośle ciebie z radością do piekła. Ci religijni dobrzy chrześcijanie udzielają sobie niepisanego prawa do nienawiści i odrzucania osób, które nie mieszczą się w ich kryteriach rozumienia religijnego lub moralnego. Zupełnie ignorują nakaz Jezusa o miłowaniu nieprzyjaciół zamieniając go w nienawiść, krzywdę, a nawet w zniszczenie swoich nieprzyjaciół. W tym miejscu nie chciałbym robić chronologicznej listy z historii chrześcijaństwa, gdzie na porządku dziennym były stosowane tortury i morderstwa tych wszystkich, którzy mieli odmienne poglądy od oficjalnie uznawanej doktryny. To, co w tych faktach mnie fascynuje, to nie to, co się stało, ale dlaczego to się stało i nadal się dzieje? Dlaczego naśladowcy Chrystusa uważali i uważają, że prześladowanie innych jest ich chrześcijańskim obowiązkiem? Takie postawy eksponują fundamentalny fakt niezrozumienia nauki Chrystusa i w ogóle istoty chrześcijaństwa. Działania i zachowania ludzi o takich postawach sugerują, że tylko poprzez brutalne traktowanie innych ich idea chrześcijaństwa może przetrwać i przynieść światu upragniony raj.Jezus swoim życiem i nauką zademonstrował, że kocha i szuka tych wszystkich, którzy są odrzuceni i uważani przez innych jako nie godni ich uwagi i miłości. Niestety — wielu chrześcijan nie jest w stanie przyjąć tę prostą Chrystusową teologię i etykę akceptacji, łaski, miłosierdzia i miłości. Natomiast z łatwością i sadystyczną radością hołdują teologii potępienia i wiecznej męki, rysując obraz Boga jako despotycznego sadysty, który z radością posyła ludzkość na wieczną torturę.
Ta średniowieczna wizja i formuła piekła podnieca naszą wyobraźnię i gra na strunach najgłębszego ludzkiego strachu, ale to nie jest właściwa droga do szukania relacji z Bogiem. Przychodzenie do ołtarza w zabobonnym strachu przed karami piekielnymi i składanie tam swoich pieniędzy jako haraczu za popełnione nieprawości nie prowadzi do przyjaźni z Bogiem, pieniądze nie mogą kupić wiecznego szczęścia. W takim momencie przychodzi dosyć naiwne pytanie — dlaczego ludzie nie szukają relacji z Bogiem przez szczere naśladownictwo Chrystusa i zaangażowanie uczuciowe? Dlaczego szukają Bożego błogosławieństwa zawierając z Nim biznesowo religijne transakcje?
Niestety właśnie z tych czysto biznesowych pobudek religia może stać się targowiskiem, na którym wielu ma nadzieję kupić sobie bilet do nieba, a jak kogo stać, to nawet „bilet pierwszej klasy”, biedniejszy może tam jechać w wagonie bydlęcym. Wykupienie przez Chrystusa grzeszników, “darmo z łaski”, stało się w niejednym kościele dobrze sprzedającym się drogim towarem. Takie cyniczne postawy i myślenie niektórych kościołów wskazuje na to, że “łaska nie jest Bożym podarunkiem danym człowiekowi, bez zależności od jego uczynków, aby się nikt nie chlubił. Łaska w ich zrozumieniu nie oznacza pełną wzajemnej miłości relację pomiędzy Bogiem a człowiekiem, z której wynikają dobre czyny, jakie Bóg przygotował, abyśmy je pełnili” (Efezjan 2: 5–10).
To, co osobiście uważam za najbardziej atrakcyjne w Bogu i Jego kościele, to nie wyzwolenie od strachu przed karami piekła i możliwość zasłużenia sobie na Bożą przychylność, ale społeczność z ludźmi kochającymi Boga taką samą miłością, jaką Chrystus przez łaskę wzbudził w moim sercu. Gdy jestem z ludźmi prawdziwie kochającymi Boga, to czuję, że nie rozmawiają oni z Bogiem jak z jakąś abstrakcją, ale jak z osobą, która ich kocha, a oni wolni od strachu, wyzwoleni z upodlenia grzechu odwzajemniają Jemu tę miłość.
Jezus nie przyszedł w tym celu, aby zbawić tych, którzy zasługują sobie na niebo, albo mają pieniądze na wykupienie sobie tam miejsca. On przyszedł podnieść i zbawić niegodnych grzeszników, niezasługujących na relację ze świętym Bogiem. My ludzie nie jesteśmy w stanie uczynić czegokolwiek, aby Bóg mógł nas więcej kochać. Ale nie możemy także niczego uczynić, aby On kochał nas mniej niż to czyni.
Wielu z nas po prostu nie wierzy w te proste przesłanie nauki Chrystusa, dlatego staje się łupem religii oferujących niebo bez wiary i miłości, ale z możliwością płacenia grubych pieniędzy za iluzję. Chrześcijaństwo jest i będzie atrakcją dla tych wszystkich, którzy szukają Bożej łaski przezwyciężając swoją naturalną reakcję strachu za popełnione grzechy. Naszą człowieczą częścią jest tylko zaakceptowanie tego, że Bóg kocha nas takimi, jakimi w tej chwili jesteśmy.
Ludzką naturą jest myślenie — jeśli wszyscy naprawdę będą znali, moje ukryte myśli i ukryte czyny, to z pewnością nikt nie będzie mnie kochał. Nasze życie najczęściej jest precyzyjnie ułożonym oszustwem zaprojektowanym w celu uczynienia siebie bardziej atrakcyjną i zadowalającą innych osobą. Jednak Bóg to nie człowiek — On widzi i wie wszystko, każdą naszą myśl i akcję, i rzecz najdziwniejsza — nadal nas kocha. Dlatego nie pozwólmy, aby jacyś ludzie manipulowali nami poprzez swoje chore religijne wyobrażenia, gdyż relację z Bogiem mamy darmo, z wiary.
pastor Lech Foremski